Z Maciejem Kucielem, laureatem Nagrody SDP im. Kazimierza Myczkowskiego, rozmawia Błażej Torański.
Maciej Kuciel, rocznik 1973, absolwent krakowskiej AGH. W czasie studiów współpracował z krakowskim dodatkiem do „Gazety Wyborczej” i „Czasem Krakowskim”, a w latach następnych z działem prawnym „Rzeczpospolitej”, z Radiem Kraków, radiową Trójką i Informacyjną Agencją Radiową. Specjalizuje się w relacjonowaniu procesów sądowych i tematyce prawnej. Od 10 lat realizuje reportaże dla programów TVN „Uwaga!” i „Superwizjer”. Dwa z nich były nominowane do nagrody Grand Press w kategoriach dziennikarstwo śledcze i publicystyka. Za trzeci, opowiadający o sprzedaży w Polsce wyrobów z 30-letniego szwedzkiego mięsa (współautor Szymon Jadczak), nagrodzony Grand Press w kategorii „News" (2009).
Teraz SDP uhonorowało go Nagrodą im. Kazimierza Myczkowskiego za reportaże „Rakotwórcze HCB nad Bałtykiem” (współpraca Daniel Liszkiewicz).
Czy Polska jest śmietnikiem dla ukraińskich substancji trujących?
W tym przypadku tak. Pewien zwykły, szary człowiek codziennie przejeżdżał na rowerze obok Port Service, spalarni odpadów niebezpiecznych w Gdańsku, zaledwie sto dwadzieścia metrów od Bałtyku. Widział wory jakiejś śmierdzącej substancji, swąd docierał nawet do jego domu, odległego o kilka kilometrów. Chodził z tym do lokalnych mediów, do inspektoratu ochrony środowiska…
Żadnych reakcji?
Żadnych. Z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska dostał odpowiedź, że wszystko jest w porządku.
Tymczasem tuż za płotem spalarni leżały w workach tysiące ton HCB, heksachlorobenzenu, jednej z 22 największych trucizn na świecie. Bomba ekologiczna!
Z Ukrainy transportowało je 480 ciężarówek i dwa statki. Problemem był sposób ich składowania - w uszkodzonych workach - ale najgorsze, jak zachowali się urzędnicy szczebla wojewódzkiego i Głównego Inspektoratu Ochrony Środowiska, gdzie wydaje się zezwolenia.
Jakby im nie zależało na ochronie środowiska?
Takie miałem wrażenie. Na papierze wszystko było w porządku. Zezwolenia na sposoby transportu i przechowywania. Ale na składowisku okazało się, że złamane zostały wszelkie konwencje, jakie Polska w tej kwestii podpisała. Odpady składowane były w skandalicznych warunkach.
W Niemczech lub Danii przechowuje się je w specjalnych beczkach lub kontenerach. U nas leżały w workach pod gołym niebem.
Takie worki łatwo uszkodzić przy przewożeniu lub załadunku, a wtedy ta śmiertelna trucizna, substancja rakotwórcza, rozsypuje się. Podpisaliśmy, jak cywilizowane kraje konwencje, zobowiązaliśmy się do ich stosowania, a tymczasem – zauważył węgierski ekspert od zanieczyszczeń - takiego sposobu przechowywania nigdzie w Europie nie widział. Być może byłoby to możliwe w Somalii - stwierdził.
HCB, jak mówią eksperci w Pana reportażu, może uszkodzić wątrobę, system immunologiczny, a gdyby dostał się do Bałtyku, wchłonie go tłuszcz ryb. Zjedzenie takich ryb grozi człowiekowi nowotworem.
HCB jest tak agresywny, że przechowywany dłuższy czas w metalowych beczkach wydostaje się na zewnątrz. Nie byłoby skandalu, gdybyśmy mieli sprawną i działającą specjalistyczną instalację do spalania. Ta w Gdańsku, jak się później okazało, była przeładowywana i rakotwórcze HCB zamiast zostać zniszczone zostawało w popiołach. Skażone HCB odpady znaleźliśmy w odległej od Gdańska o 30 km kopalni żwiru. Teraz urzędnicy zastanawiają się jak zrekultywować skażony teren.
Na to pytanie w reportażu Pan nie odpowiada, ale jak Pan sądzi: dlaczego urzędnicy zalegalizowali jawne bezprawie?
Trudno to logicznie wytłumaczyć. Na przykład: dlaczego Główny Inspektorat Ochrony Środowiska zgodził się na przywiezienie do Gdańska 12 tys. ton, skoro spalarnia jest w stanie rocznie zniszczyć tylko 6 tys. ton. Żadne z tłumaczeń urzędników mnie nie przekonało.
Prezesem Port Service był wtedy Krzysztof Pusz, zasłużony działacz opozycji solidarnościowej, były dyrektor gabinetu prezydenta Wałęsy.
Przeczytałem o nim w „Polityce” – co sam powiedział - „moim zadaniem było otwieranie drzwi”. Po naszych reportażach stracił stanowisko. Nie miał żadnego doświadczenia w branży. Nie znał się na sposobach niszczenia niebezpiecznych odpadów.
Mówi: „Przyznam się, że wszystkiego to ja nie wiem”.
Bardzo wielu rzeczy nie wiedział. Niemcy będący właścicielami Port Service zgodzili się zatrudnić człowieka bez wiedzy i doświadczenia. Ale Krzysztof Pusz był przed laty wysoko postawionym urzędnikiem i miał szerokie znajomości w regionalnych strukturach władzy. Nie znaleźliśmy jednak dowodów na to, aby miał wpływ na dziwne decyzje urzędników.
Ale powiedział Panu do kamery: „dla mnie to pieniądze i biznes”. Potraktował Polskę, jak prywatny folwark?
Były działacz opozycji i urzędnik państwowy stał się biznesmenem, dla którego – nie krył tego – liczy się tylko zarabianie pieniędzy.
Ponownie spytam: jak Pan tłumaczy w tym przypadku zmowę urzędników?
Nie uzyskałem odpowiedzi na to pytanie, choć usilnie jej szukałem. Jeśli takie były, to nie rozszyfrowałem systemu powiązań, które spowodowały wydanie wyjątkowo korzystnych decyzji.
Jakie były konsekwencje reportażu, poza odwołaniem Krzysztofa Pusza?
Nie wiem, czy była to decyzja wymuszona, ale podał się do dymisji Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska. Jego zastępca i pani naczelnik wydziału kontroli też już nie pracują. Prokuratura Okręgowa nadal prowadzi śledztwo.
Był Pan dziennikarzem radiowym, współpracował z „Rzeczpospolitą”. Telewizja ma zdecydowanie większą siłę rażenia. Czuł Pan po tych dymisjach satysfakcję?
Czuję potężny niedosyt, bo media ogólnopolskie, poza siostrzaną TVN 24, w ogóle się tym nie zainteresowały. Lokalne gazety potraktowały nas, jak trójmiejska „Gazeta Wyborcza”, skąd zapamiętałem określenie „Pseudośledztwo TVN”. W lidzie cytowano Krzysztofa Pusza: „To bzdura”. Dumny natomiast jestem z niesłychanego zainteresowania duńskiej telewizji. W głównym wydaniu największego kanału pięć minut poświęcono ukraińskiemu HCB, który składowany jest dwieście kilometrów od Bornholmu. Podobne zainteresowanie wykazali Szwedzi. Opiniotwórcza gazeta „Svenska Dagbladet” opublikowała wielki artykuł na temat naszych ustaleń.
Czy dziennikarstwo śledcze - kosztowne i nieefektywne - w Polsce przetrwa?
Cztery reportaże, które zrealizowałem o HCB z Danielem Liszkiewiczem, bez wsparcia mediów duńskich i szwedzkich niewiele by zdziałały. Do tej pory na Port Service nałożono 7 mln zł opłat karnych. Nie mam wątpliwości, że jest to zasługa nacisku z zagranicy. A odpowiadając na pytanie: w takiej formie, jak przed kilku laty, dziennikarstwo śledcze już się skończyło. Nie wróci czas, kiedy redakcje wydawały dużo pieniędzy na długotrwałe śledztwa. Dla „Uwagi” TVN równocześnie realizuję różne tematy, zwykle o charakterze kryminalnym. W piątek wyemitowano mój materiał o gwałcicielu z Jarosławia. Tylko od czasu do czasu udaje mi się realizować reportaże o większym ciężarze gatunkowym.
