Z Janem Pietrzakiem o felietonistyce, polskości i upadku kabaretów rozmawia Kajus Augustyniak.

Jan Pietrzak, Człowiek Roku 2012 „Tygodnika Solidarność”. Ur. 1937 w Warszawie na Targówku. Twórca i lider dwóch kabaretów: studenckiego w Hybrydach (lata 60-67) i Kabaretu pod Egidą (od 67). Autor tysięcy piosenek, monologów, felietonów. Komentator przygód społeczeństwa przełamującego zniewolenie komunistycznego ustroju. Jego pieśń „Żeby Polska była Polską" stała się spontanicznym hymnem „Solidarności”. Wprowadził nowy styl prowadzenia kabaretowej narracji, który znalazł licznych naśladowców. Określono go mianem "ojca chrzestnego" kabaretowej branży. Założyciel Towarzystwa Patriotycznego - fundacji, która zbiera pieniądze na działania kultury niezależnej (www.towarzystwopatriotyczne.org).

 

 

 

 

Jerzy Kłosiński, redaktor naczelny „Tygodnika Solidarność” stwierdził, że jest Pan najbardziej cenionym autorem tygodnika. Jak Pan to odbiera?

Nigdy nie patrzyłem na swoją współpracę z Tygodnikiem pod kątem tego, kto lepszy, kto gorszy, kto ceniony, kto nie… Po prostu piszę felietony, dosyć systematycznie, o ile tylko zdrowie i jakieś wyjazdy nie przeszkadzają. Cieszę się z tej pracy, bo mogę co tydzień sformułować jakiś swój pogląd na sprawy polskie, trochę ironiczny, trochę zasadniczy, ale prawdę mówiąc nigdy nie miałem ambicji czysto dziennikarskich. Felietonistyka jest dla mnie działalnością poboczną, bo główne życie zawodowe spędzam na estradzie, w kabarecie. Jestem bardzo zaszczycony tą nagrodą i opiniami, jakie przy okazji usłyszałem, sama radość.

Zresztą ludziom kojarzy się Pan głównie z kabaretem, ale pańskie felietony oraz zamieszczane na Youtube wideo felietony czasami bywają bardzo poważne.

Bo to jest inny rodzaj działalności. W felietonach jestem kim innym. To znaczy: człowiek ten sam, ale forma przekazu inna. Jak mam zabawny temat, to jestem w felietonie ironiczny, jak mnie coś wkurza, jestem poważny, to w tekście robię się zasadniczy. I tego prawa nie dam sobie odebrać. Niektórzy ludzie, zwłaszcza komentatorzy na Youtube, wymagają, żebym ciągle mówił jak w kabarecie, a ja nie zawsze jestem w kabarecie. Kabaret to ja prowadzę za biletami w porze wieczornej. Trzeba to rozróżniać.

Może to wiąże się i z tym, że Pan się we wszystko tak strasznie angażuje. Jak kabaret, to na całego, a jak felieton na Youtube, to Pan księdzem Skargą wymachuje przed nosem biskupowi Pieronkowi i księdzu redaktorowi Bocheńskiemu…

[śmiech] Protestuję przeciwko sformułowaniu, że się we wszystko „strasznie angażuję”. Uważam, że prowadzę swoją narrację w sposób rozsądny i dosyć spokojny. We wszystkich miejscach, gdzie mnie wpuszczają, staram się mówić o polskich problemach, tylko na różne sposoby. To zależy od wagi tematu i od mojego nastroju, w końcu też podlegam emocjom. Czasami mam większą wyrozumiałość dla rzeczywistości, a czasami jestem mniej życzliwy dla tego, co się dzieje dookoła. W ogóle jestem optymistą, z moich felietonów wziętych en masse wynika, że są to optymistyczne opowieści o Polsce.

Ale w rozmowie z dziennikarzem z TVN24 stwierdził Pan, że jest za mało Polski w Polsce… Co Pan miał na myśli?

To skrót myślowy. Tak jak się mówi, że jest za mało masła w margarynie czy odwrotnie albo za mało benzyny w benzynie, bo oszukują i kradną, tak samo za mało jest Polski w Polsce. To znaczy, że polskość jako zespół zasad, cech, właściwości narodu, jest tępiona przez dużą część mediów, które uważają polskość za coś nienormalnego. Tak jak to powiedział kiedyś premier Tusk, że polskość to jest nienormalność. A ja uważam, że polskość to jest wielka normalność, że wiele innych narodów może się od nas uczyć normalności, takich cech, jakie są potrzebne człowiekowi i całym społecznościom: godności, solidarności, wiary. Jednym słowem, mamy w Polsce zespół takich cech, który jest kwintesencją normalności. Dam prosty przykład: chcemy żyć w zgodzie i pokoju z Niemcami i Rosją, a oni na nas od pokoleń napadają, mordują, rozkradają… Więc z nimi walczymy w powstaniach. Walka o wolność jest normalna, a bandyckie napaści na sąsiadów są odstępstwem od normy.

A z czego, Pana zdaniem, wynika ta postawa mediów?

Myślę, że są w jakiś sposób zaprzedane jakimś zewnętrznym siłom. Nie wiem w jaki, bo nie mam żadnych dowodów, ale z intencji niektórych programów telewizyjnych widać, że one nie służą Polsce i Polakom, tylko jakimś siłom zewnętrznym. Jak mówiłem, żyjemy między dwoma państwami, które od stuleci nas atakują. Niemcy i Rosja podbijały nas militarnie, a teraz jest inna epoka i robi się to między innymi za pomocą mediów, choć są i inne środki nacisku. Cały czas jesteśmy obiektem antypolskich akcji, to widać chociażby 11 listopada. Nie pozwala się radować Polakom ze Święta Niepodległości, przecież to jest coś absurdalnego. A media w tym dniu służą siłom antypolskim, czyli tym, którzy nam niepodległość odbierali. To jest zdumiewające. Dlaczego nie kochają naszej niepodległości, dlaczego nie chcą się cieszyć z narodem?

Redaktor Kłosiński zastanawiał się, jaki wpływ na powstanie „Solidarności” miała Pańska twórczość. Czuje się Pan jeszcze satyrykiem, czy już bardem?

Mam taką teorię, że od połowy lat siedemdziesiątych ukształtowała się grupa kabaretów satyrycznych niezwykle popularnych w środowiskach młodzieżowych, wśród studentów i młodych robotników, którzy później wzięli na swoje barki Sierpień. Bo to prawdę mówiąc był bunt młodych. Oni już byli zainfekowani tą satyrą, bardzo popularną od połowy lat siedemdziesiątych, rozchodzącą się szeroko na kasetach. To oczywiście był mój kabaret „Pod Egidą”, który wiódł prym, powiem to bez fałszywej skromności, w wyjaśnianiu tamtej rzeczywistości, głupoty komunizmu, ale również takie grupy, jak „Salon niezależnych”, „Elita” i bardzo wtedy popularny „Tey”. Ta twórczość jest niedoceniona, a odegrała ogromną rolę wśród ówczesnej młodzieży, która w końcu się zbuntowała. To było jakieś szydercze, ironiczne paliwo, dzięki któremu ci młodzi ludzie mniej się bali, nie mieli tego poczucia nieszczęścia, strachu, jakie wisiało nad poprzednimi rocznikami. Byli bardziej odważni. Kabaretowe drwiny bardzo się przydały młodym środowiskom. Wyśmiewanie idiotyzmów ustrojowych stało się elementem mentalności…

Rzeczywiście obdarzano Pana mianem „ojca chrzestnego” branży kabaretowej. Czy czuje się Pan również takim „ojcem chrzestnym” dzisiejszych twórców kabaretu?

To była taka dziennikarska etykieta, bo u mnie rzeczywiście startowało wielu zdolnych ludzi, miałem nosa do wyławiania talentów. Natomiast od dwudziestu lat twórczość kabaretów telewizyjnych, jest mi zupełnie obca, bo to jest taka fałszywka. W telewizjach zgrupowano młode zespoły, które właściwie udają kabaret. W sposób bardzo powierzchowny widzą polskie problemy. Dzisiejsze kabarety mają odwagę limitowaną przez właścicieli mediów. Nie mogą dotykać najważniejszych spraw, bo natychmiast wylecą z tych telewizorów. Forma jest prymitywna, bo to jest wygłup jako metoda, brak przewrotnej ironii, wyrafinowanego uśmiechu w rodzaju chociażby „Starszych Panów” czy „Dudka”, dobrego aktorstwa. Dzisiejsze kabarety popisują się a to amatorszczyzną, a to jakimiś szaleństwami, które czasami bywają śmieszne, bo poczucie humoru ma przecież wiele poziomów.

Czy często jest Pan proszony przez ludzi o powiedzenie czegoś śmiesznego?

Bardzo często. Jeżeli jest to na jakimś przyjęciu towarzyskim i mówią: a teraz pan Janek powie nam coś śmiesznego, to mam wypróbowaną kwestię. Mówię: bardzo przepraszam, nie będę mówił nic śmiesznego, bo ja tutaj tak dużo nie zjadłem. To zdanie jako pierwszy zastosował Szopen. Często w różnych towarzystwach proszono go: a teraz mistrzu, prosimy coś zagrać. A on odpowiadał: o, bardzo przepraszam, ja tak dużo nie zjadłem. W jakichś wspomnieniach to wyczytałem i stosuję przy natrętnych żądaniach, żebym koniecznie wystąpił. Na ogół staram się zachowywać normalnie, jak jest wesoły wieczór, też opowiadam jakieś żarty, ale jestem tak związany z moim zawodem przez pół wieku, że trudno mi jest prywatnie być duszą towarzystwa. Wolę słuchać, jak inni opowiadają żarty.

Ja zatem nie namawiam Pana do powiedzenia czegoś śmiesznego, ale może Pan przy tej okazji złożyć rodakom życzenia Świąteczno-Noworoczne…

Bardzo życzę Rodakom, tak jak od wielu lat, pogody ducha, optymizmu, radości z istnienia. Boże Narodzenie to szczególnie silny impuls pozytywnej energii. Pamiętajcie, że bywało gorzej. Moje pokolenie może to poświadczyć własną historią. Ja żyłem pod Hitlerem, pod Stalinem, więc trudno mi popierać czarnowidztwo, które często jest cechą ludzi wrażliwych i dobrych, ale nie mogących poradzić sobie z medialną agresją, z niemądrą władzą. Otóż, kochani! Bywało gorzej. Teraz może być już tylko lepiej. Namawiam, żebyśmy następny rok traktowali jako rok wielkiej szansy. Zbierzmy się, huknijmy, tupnijmy i zmieniajmy Polskę na lepsze. Zobowiązuje nas do tego tradycyjne, godne, piękne hasło Wolnych Polaków: Bóg Honor Ojczyzna!

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl