Z Krzysztofem Fijałkiem o ucieczcie prasy do Internetu, przyszłości dziennikarstwa i o tym dlaczego duże portale nie walczą ze sobą, rozmawia Marek Palczewski.
Krzysztof Fijałek, (ur. 1967). Absolwent dziennikarstwa na Uniwersytecie Jagiellońskim. W dziennikarstwie od 1990 r., przez wiele lat w „Gazecie Wyborczej” w Krakowie, od 2006 r. w Interia.pl, początkowo jako dyrektor serwisu „Fakty i gospodarka”, później – redaktor naczelny portalu i dyrektor serwisów informacyjnych, obecnie także dyrektor wydawniczy portalu. Wiceprezes Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich w latach 2008-2011.
Prasa ucieka do Internetu, a w nim nie można narzekać na nadmiar reklam, więc jaka jest przyszłość dziennikarstwa?
Dziennikarstwa w dotychczasowej formule – według mnie – uratować się nie da. Dziennikarstwo rozumiane tak, że jest prasa, radio, telewizja, ewoluuje albo zanika, Najbardziej zanika w prasie codziennej i obawiam się, że nie da się tego dziennikarstwa w pełni odtworzyć.
To co pozostaje dziennikarzom? Widać, że coraz częściej piszą książki, tracą stałe związki z redakcją, te zwalniają dziennikarzy…
Od 2006 r. działam w portalu internetowym, poza dziennikarstwem tradycyjnie rozumianym. Internet w wydaniu portali był zawsze budowany w ścisłym związku z działalnością biznesową. Jeżeli spojrzymy na trzy największe portale, tzn. Onet, Wirtualną Polskę i Interię, to tam nie było innego wyznacznika, jak produkt i możliwości jego sprzedaży. To weryfikuje działalność i chroni przed pewnymi złudzeniami. W tym sensie, że na dłuższą metę nie da się prowadzić działalności, która by nie była opłacalna finansowo.
Może ktoś z tego wyciągnąć wniosek, że tylko kasa się liczy, ale czytelnik też ma swoje wymagania, więc i dziennikarstwo znajduje swoje miejsce w internecie, przynajmniej w dużych portalach. Uparcie to powtarzam, bo dziennikarstwo, szczególnie to informacyjne, jest bardzo kosztownym rodzajem działalności. Tylko duży portal o znaczących przychodach jest w stanie podołać takim kosztom.
Jakie zatem widzisz szanse dla dziennikarzy udzielających się w Internecie?
Internet pełen jest takich witryn i stron. Np. w USA nieźle sobie radzi portal dziennikarstwa śledczego propublica.org. Także w Polsce zdarzają się udane próby dłuższego zaistnienia w sieci stronom prowadzonym przez dziennikarzy, czy grupującym publicystów. Sztuka jednak nie w tym, żeby zdobyć milion użytkowników, ale żeby zaistnieć na bardzo konkurencyjnym rynku jako produkt, w którym warto się reklamować.
Dziś nawet witryny odwiedzane przez 2- i 3 mln użytkowników walczą o przeżycie. Jest kryzys i prognozy dla rynku reklamowego w Polsce na przyszły rok są niedobre. To są także niedobre wiadomości dla dziennikarzy.
Zarządzasz dużym portalem, interia.pl. Jesteś redaktorem naczelnym, masz pod sobą 70 osób. Czy to są dla ciebie wciąż dziennikarze, czy już media workers?
Nigdy nie byli media workers. Są to w większości ludzie, którzy mieli doświadczenie dziennikarskie i z tym doświadczeniem przyszli do pracy w Interii. Oprócz nich mamy własnych wychowanków. Wyznacznikiem ich pracy jest efekt. To powoduje, że częściowo uprawiamy normalną działalność dziennikarską; zbieramy informacje, tworzymy reportaże i próbujemy form bardziej skomplikowanych.
Duża część portalu nastawiona jest na szybkie przekazywanie informacji, i one w dużej mierze pochodzą ze źródeł zewnętrznych, agencyjnych. W takich dziedzinach jak sport, nowe technologie, muzyka, film, czy motoryzacja, udział informacji własnych jest znaczący.
W czym się specjalizujecie?
Przy tym modelu działalności nie ma jeszcze możliwości, żebyśmy mogli wkraczać w obszary specjalizacji, choć cały czas wierzę, że w niedalekiej przyszłości tak się stanie. Dziś na sytuację portali w Polsce wpływa dumpingowa cena reklamy telewizyjnej, utrzymywanej na najniższym poziomie w Europie, co powoduje, że przepływ pieniędzy do Internetu jest w Polsce znacznie słabszy niż w innych krajach.
Obserwuję walkę pomiędzy mediami i dziennikarzami w mediach tradycyjnych, natomiast nie ma jej – a przynajmniej jest ona mniej widoczna - pomiędzy dziennikarzami dużych portali. Dlaczego?
Pytasz dlaczego nie ma takiej naparzanki jak pomiędzy Gazetą Wyborczą a do niedawna Rzeczpospolitą, czy Gazetą Polską?
Na przykład.
Odpowiedź jest prosta: my jesteśmy dużo więksi niż gazety. Nie możemy sobie pozwolić na utożsamienie nas z jedną opcją albo na wyrażanie opinii tylko jednej strony jakiegoś sporu. To nie leży w modelu naszego działania, a również przyzwyczajenia użytkowników portali są inne. Oni są raczej zainteresowani tym, żeby dostawać mnóstwo informacji, pochodzących z różnych źródeł, od różnych osób. Sami dokonują wyboru tego, co ich przekona.
Nie ma sensu przenoszenie do Internetu tej, powiedziałbym, archaicznej metody pozycjonowanie siebie poprzez walkę, jak to się odbywa w prasie tradycyjnej. Na tym wygrać można tylko wąskie grono wyznawców. My jesteśmy dużo większymi organizacjami. Nasze audytoria wynoszą od dziesięciu do dwunastu milionów użytkowników, i jest to ponad połowa ludzi czytających Internet w Polsce. Nam się nie opłaca prowadzić między sobą wojenek, bo z pewnością zawęzilibyśmy swój zasięg.
