Z Grzegorzem Cydejką o tym, czy portale internetowe mogą istnieć bez gazet papierowych, o powrocie nawyku czytania i złodziejstwie intelektualnym rozmawia Błażej Torański.
Grzegorz Cydejko, rocznik 1963. Studiował filologię polską na Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu i na Uniwersytecie Warszawskim. Publicysta specjalizujący się w polityce gospodarczej, biznesie i finansach, od 2007 roku w magazynie „Forbes”. Wcześniej pracował w „The Warsaw Voice”, „Życiu Gospodarczym”, był sekretarzem redakcji „Życia Warszawy" i „Życia", zastępcą redaktora naczelnego „Gazety Bankowej", redaktorem naczelnym „Businessman Magazine". Prezes warszawskiego oddziału SDP i przewodniczący Klubu Dziennikarzy Biznesowych.
„Puls Biznesu” zestawił graficznie działy biznesowe największych polskich portali – Onetu, Wirtualnej Polski i Interii – wyciął linki do informacji z prasy papierowej i dowiódł, zgodnie z tytułem publikacji, że warto kupować gazety. Zostały bowiem ubogie treści. Sieć czerpie garściami z papieru.
W obiegu informacji i opinii we współczesnym świecie najważniejszy nie jest sposób dystrybucji, a centra, które wytwarzają te treści, czyli redakcje. Niczego zaskakującego nie ma więc w zestawieniu „Pulsu Biznesu”. Potwierdza oczywistą prawdę, że tylko redakcje są w stanie wytwarzać ciekawe informacje.
Sieć nie miałaby wiele do zaoferowania bez informacji i analiz zaczerpniętych z papierowych wydań gazet?
Powiem inaczej: sieć traci nie tyle bez papieru, co bez redakcji. Są od tego wyjątki. Bardzo dobrą redakcję ekonomiczną stworzył portal finansowy Money.pl. Widać tam pracę redaktorów i dziennikarzy, którzy solidnie dokumentują artykuły. Nie ustępują one publikacjom drukowanym w tradycyjnej prasie. Podobnie, a może jeszcze lepiej, jest na portalu Obserwator Finansowy. To jest także wysokiej jakości dziennikarstwo i publicystyka. Nieważne więc czy redakcja pracuje dla medium papierowego czy internetowego. Ważne, by był to organizm ludzki nastawiony na pracę intelektualną, na najlepszy, możliwy do osiągnięcia efekt medialny.
Nie masz poczucia, że mija już fascynacja tabletami, smartfonami, dostępem do nieograniczonego zasobu informacji?
Nie mam, bo nigdy nie uważałem, że istnieje coś takiego, jak fascynacja nowinkami technicznymi. Oczywiście, każdy chce je sprawdzić, stanowią one smak życia i nie mam wątpliwości, że będziemy używać wszelkich możliwych sposobów na dotarcie do informacji lub emocji. Mogą to być tablety, smartfony, hologram wyświetlany w powietrzu, ale i papier… Jedno jest pewne: osoby o wyższych potrzebach zawsze będą szukały większych wrażeń i ciekawszych analiz. Tak, jak wśród konsumentów: jedni zadowolą się zjedzeniem w mlecznym barze fasolki po bretońsku, inni szukają bardziej wyrafinowanych smaków, dziennikarstwa o wyższej jakości.
Ale wydaje się, że ponownie bardziej zaczynamy cenić wiarygodną, sprawdzoną informację i odkrywamy przyjemność czytania. Dzięki tabletom i smartfonom - jak zauważyli analitycy „The Economist” - łatwiej się czyta leżąc: na łóżku, na plaży, w fotelu czy hamaku…
Być może tak jest. Ale najważniejsze, czy wysokiej jakości dziennikarstwo i publicystkę będziemy w stanie sprzedawać ludziom? W jaki sposób zarabiać na pracy intelektualnej, którą wykonujemy? Powrót czytelników do głębszych analiz budzi nadzieję, ale nadal nie świadczy o tym, że będą skłonni nam za nie odpowiednio zapłacić.
Najwyższej jakości treści, o których mówisz, są nadal na papierze. Jak powinien zmienić się model biznesowy gazet i czasopism, by papier przetrwał?
Gazety i czasopisma nie mogą utrzymywać zespołów redakcyjnych o najwyższych kwalifikacjach opierając się wyłącznie na wpływach ze sprzedaży egzemplarzowej. W dojrzałych krajach demokratycznych nie jest to możliwe od dziesiątków lat. Po prostu świat się zmienia i potrzebne są nowe sposoby społecznego, zbiorowego finansowania praw twórczości intelektualnej - dziennikarskiej i każdej innej. Instytucje państwa, administracji, ale i sponsorzy, wszelkiej maści darczyńcy, podmioty zainteresowane istnieniem jakiejś tematyki w obiegu publicznym, mają swoje pole do popisu. Mogą wspierać najlepsze dziennikarstwo. Nie widzę bowiem możliwości, aby w najbliższych latach z mikropłatności można było utrzymać porządne medium.
Ale przede wszystkim należy dokonać dywersyfikacji, segmentacji i specjalizacji. Szukać nisz, zamiast stawiać na masowego czytelnika.
Zgadzam się. Ten pejzaż nie ma końca. Wyspecjalizowane media mogą się mnożyć bardzo szybko i jeszcze przez wiele lat. Aczkolwiek nadal odbiorca informacji i opinii, aby dotrzeć do wysokiej jakości treści, potrzebuje usługi przykrojenia materii informacyjnej pod jego indywidualne potrzeby.
Redakcje mogą dostosowywać artykuły do indywidualnego profilu. Jak serwis Amazon, który, analizując historię naszych transakcji podpowiada, jaką moglibyśmy kupić książkę.
Sam trzynaście lat temu założyłem firmę, która miała pozyskiwać informacje ze wszystkich możliwych kanałów, zarządzać nimi, formatować i dostarczać wedle konkretnych potrzeb do mediów i osób fizycznych. Niestety wyszliśmy z tym projektem zbyt wcześnie, jak na ówczesny rozwój rynku i świadomości ludzkiej, a na dodatek pękła wtedy bańka internetowa. Biznes internetowy nie był zbyt silny, a odbiorcy nie mieli jeszcze takiej potrzeby. Rozminęliśmy się.
Brytyjski „The Guardian” jest przykładem na to, jak osiągnąć sukces, splatając działania w sieci i na papierze. W druku jest to dziesiąta gazeta w Wielkiej Brytanii. W sieci, dzięki aktywnej promocji, m.in. na Facebooku, jest to piąta najczęściej czytana gazeta na świecie! Ich informacje oparte są na konkretach: liczbach, statystykach, zestawieniach. Czy polskie tytuły drukowane, które chcą przetrwać, nie powinny pójść tą drogą?
Powtórzę: papier nie jest w niczym lepszy, ale i nie jest gorszy od innych nośników. Wymaga tylko innego formatowania informacji. Wielka kariera „Guardiana” bierze się stąd, że stosunkowo wcześnie wydawca zdecydował się na szeroką ekspansję w sieci i nie zamykania treści. To bardzo istotne, bo teraz mamy w Polsce próbę kodowania artykułów i ich sprzedawania w systemie Piano. Na razie nie odnoszą zbyt wielkich sukcesów. Dlatego, że czytelnik nadal nie jest gotów na poszukiwanie i opłacanie treści. Przykład „Gaurdiana” można w Polsce przyrównać – przy zachowaniu wszelkich proporcji – do wielkich portali, których nie zbudowali wydawcy papieru. Teraz dopiero ci wydawcy przejmują portale typu Interia, Onet czy – być może w przyszłości – Wirtualną Polskę. Mogły one wyrosnąć, bo wydawcy tradycyjni nie docenili siły medium, jakim jest Internet i nie zbudowali swej potęgi w sieci, jak zrobił to „The Guardian”.
Są nadal zbyt bojaźliwi?
Mam wrażenie, że wielcy wydawcy gazet i czasopism działają zbyt zachowawczo w sferze internetowej. Prawdopodobnie potrzeby społeczne ich wyprzedzają. Chciałbym, żeby było inaczej. Żeby wydawcy znowu byli w stanie dostarczyć odbiorcom odpowiednio sformatowanych treści i opinii, aby te dwa światy znowu się spotkały.
Tymczasem rynek nie znosi próżni.
Wielka część rynku informacji i opinii jest zawłaszczona przez tzw. firmy monitorujące media. Działają one na granicy złodziejstwa intelektualnego. Również z tego powodu w Polsce nie mogły się wytworzyć normalne relacje w segmencie wydawniczym. Zbyt łatwo jest obchodzić prawo i korzystać z cudzych praw intelektualnych, wysiłku i nakładów, jakie ponoszą wydawcy na utrzymanie zespołów redakcyjnych. To także może ich tłumaczyć, dlaczego zdecydowanie nie weszli do Internetu. Wydawcy wiedzą, że ich nakłady natychmiast przejęłyby komercyjne firmy. Muszą więc brać pod uwagę, że każda ich inwestycja w prawa do treści i ich jakość - natychmiast w części staje się zyskiem firm monitorujących media i wydawców internetowych.
Pamiętam, że przed laty banki lub duże firmy prenumerowały po kilkaset egzemplarzy różnych gazet. Teraz nie zamawiają ich wcale nie tylko z tego powodu, że ograniczyły koszty. Także dlatego, że część wydatków przeniosły do firm monitorujących rynek. Stamtąd czerpią serwisy informacyjne skrojone pod ich potrzeby.
