Z Jerzym Jureckim, Dziennikarzem Roku 2012, rozmawia Marek Palczewski.
Jerzy Jurecki (rocznik 1958), dziennikarz, publicysta, działacz opozycji antykomunistycznej w okresie PRL, twórca, wydawca i dziennikarz „Tygodnika Podhalańskiego”, jedynego pisma lokalnego, które jednocześnie ukazuje się w Zakopanem, Nowym Targu, Chicago i Toronto. Absolwent Wydziału Organizacji i Zarządzania Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, stypendysta Fundacji German Marshall Fund, laureat wielu nagród dziennikarskich.
W czasie studiów na AGH w Krakowie tworzył „Kurier Studencki” (do 1985), związany z NZS. Później był współzałożycielem podziemnego czasopisma członków i sympatyków NSZZ Solidarność „Biuletyn Podhalański” (1986-1989), wydawanego w Zakopanem. Jesienią 1989 r. założył „Tygodnik Podhalański”. Obecnie jest jego redaktorem naczelnym. Uczestniczy w szkoleniach dziennikarzy krajów aspirujących do demokracji. W roku 2012 otrzymał Krzyż Wolności i Solidarności.
Nagrody: im. Dariusza Fikusa (2004); im. Kazimierza Dziewanowskiego, przyznana przez SDP (2010) za cykl trzech reportaży w „Tygodniku Podhalańskim" z Haiti: Piekielny raj, Z piekła do raju; Nie zapominajcie o Haiti "; w finale konkursu Stowarzyszenia Gazet Lokalnych „Local Press 2010” tekst Jerzego Jureckiego „Sekret senatora Skorupy” zwyciężył w kategorii dziennikarstwo śledcze i interwencyjne, a „Tygodnik Podhalański” - dzięki największej liczbie nominacji - wybrany został Gazetą Lokalną Roku; DZIENNIKARZ ROKU 2012 w plebiscycie miesięcznika „PRESS”.
Przed świętami Wielkiej Nocy w 2011 roku ogłosił Pan akcję „Napisz kartkę do Andrzeja Poczobuta”. Poczobut został Dziennikarzem Roku 2011, Pan – Dziennikarzem Roku 2012. Przypadek czy przeznaczenie? Co was łączy?
Z Andrzejem znamy się od lat 90., bo od dawna jeżdżę na Białoruś, do Grodna. Poznałem go jak jeszcze dorabiał w „Trybunie”. Trochę się z niego z tego powodu z kolegami podśmiewaliśmy, chociaż on zupełnie nie wiedział, czym była „Trybuna”. Później zaczął współpracę z „Wyborczą” i został jej korespondentem. Nasza znajomość sięga więc dawnych lat.
Studiował Pan na Akademii Hutniczo-Górniczej w Krakowie. Z wykształcenia jest Pan inżynierem. Jak to się stało, że inżynier został dziennikarzem?
(Śmiech) No tak to jest, tak było w moim pokoleniu, ale w kolejnych jest podobnie. W 1980 roku zaczęliśmy wydawać gazetę „Odnowa”. Był to rok wolności, myśmy co chwilę strajkowali, słowem było o czym pisać. To było moje pierwsze zetknięcie się z jakąś gazetą. Później, jak wybuchł stan wojenny, to natychmiast założyliśmy na AGH „Kuriera Studenckiego”. W Kurierze byłem drukarzem, pisaniem w ogóle się nie zajmowałem. Kiedy przeniosłem się do Zakopanego, to poznałem tam polonistę i fajnego kolegę, Wojtka Mroza, który podobnie jak ja trafił do Zakopanego z Krakowa, i wymyśliliśmy sobie, że założymy gazetę. No i stało się, w ten sposób powstał „Biuletyn Podhalański” (w r. 1986). Drukowaliśmy go na ramce, ja byłem drukarzem, potem udało nam się zdobyć powielacz wielonakładowy, cicho pracujący. Farbę drukarską dostawaliśmy w torebkach zatopionych w konserwach z golonką. Jak przyszła wolność, to na Boże Narodzenie 89 roku pojawił się pierwszy numer „Tygodnika Podhalańskiego”. I tak zostało do dziś.
Jest Pan od wielu lat redaktorem naczelnym „Tygodnika Podhalańskiego”, ale ciągle nosi Pana po świecie: na Białoruś, do Albanii, Ukrainy, Egiptu, wcześniej Haiti, teraz Birma, Tunezja … Co sprawia, że Pan się interesuje aż tyloma krajami i właśnie tymi krajami?
Moje wojaże, które wiążą się głównie ze sprawami zawodowymi, początkowo dotyczyły Białorusi. Później pojawiła się potrzeba wyjazdu na Kubę. To był wyjazd z Fundacji Fields of Shame, czyli pola wstydu. Hiszpania chciała znieść restrykcje gospodarcze wobec Kuby, w zamian Castro zgodził się na zjazd opozycji. Miałem być obserwatorem tego spotkania, ale szybko nas stamtąd władze kubańskie usunęły.
Teraz wyjeżdżam przede wszystkim w celach szkoleniowych. Jestem z tego pokolenia, które czuje potrzebę spłacenia pewnego długu - to daje mi satysfakcję, bo przecież myśmy kiedyś też z takiej pomocy korzystali.
A co do samych wypraw dziennikarskich? Dziennikarzem się jest bez względu na to czy mieszka się w małym miasteczku czy w metropolii. Jeśli mam taką możliwość i finanse, żeby dotrzeć na Haiti czy do Turcji, gdzie jest trzęsienie ziemi i gdzie jest wielka bieda - a wiem o tym, że dzisiaj wydawcy niechętnie wysyłają za granicę swoich korespondentów - no to tam jadę. W międzyczasie namawiam kolegów dziennikarzy, żeby wzięli ode mnie materiał, żeby mieć gdzie opublikować swoje relacje. Przy okazji staram się zrobić coś pożytecznego, np. na Haiti zrobiłem research dla Polskiej Akcji Humanitarnej zanim weszli tam ze swoją pomocą.
A co z tego wszystkiego ma „Tygodnik Podhalański”?
W Tygodniku pojawia się materiał o trzęsieniu ziemi na Haiti. Ktoś może powiedzieć: ten facet zwariował, gdzie on jedzie, niech jedzie do Poronina. Ale ludzie chętnie czytają takie relacje. Pamiętam dyskusję o tym, że zanika zawód korespondenta, że redakcje nie chcą wysyłać za granicę. Kiedy jest tsunami, to jadą tam dziennikarze z całego świata, a z Polski nie ma nikogo, bo my mamy taką filozofię, że trzeba oszczędzać i lepiej kupić materiał z agencji aniżeli wysłać własnego dziennikarza. Ale to zupełnie nieprawda, bo inaczej się czyta tekst autora, którego się zna, którego można spotkać na ulicy, i który tam był i nam o tym opowiada, a inaczej czyta się reportaż czy sprawozdanie kogoś, kto pochodzi np. z Hiszpanii.
Kiedy wraca Pan do kraju z tych wojaży, to się procesuje…
To jest wpisane w zawód i w specyfikę gazety lokalnej. Kiedy sąd nas skazuje za byle co, to ośmiela to następnych skarżących. Bo ludziom się wydaje, że tak łatwo rozprawić się z gazetą, która ich krytykuje, i kiedy czują się w jakiś sposób poszkodowani przez gazetę, przez dziennikarza, to się procesują.
I przegrywają w sądzie jak senator PiS Tadeusz Skorupa.
Czasem przegrywają, czasem wygrywają, bo sąd nie daje nam wiary, a my nie zawsze jesteśmy w stanie udowodnić naszych racji. Z senatorem Skorupą wygraliśmy proces cywilny a karny trwa. W ciągu tych dwudziestu paru lat mieliśmy dziesiątki rozpraw, nie jestem w stanie ich policzyć. Dzisiaj przyszła moda na uderzanie do sądu dubeltowo, to znaczy robią tak politycy, że jednocześnie pozywają nas z artykułu 212 kodeksu karnego i w procesie cywilnym. I tak naprawdę dwa zespoły w różnych sądach rozpatrują tę samą sprawę. To jest kompletnie bez sensu.
A czy tę walkę – bo Pan walczy o zniesienie art. 212 – dziennikarze mogą wygrać?
No tak, ale to wyłącznie zależy od polityków. Oni wszyscy obiecywali, że go zniosą…
Obiecanki - cacanki?
…ale po wyborach tracą pamięć, cóż zrobić? Tak to, niestety, jest. Ale walczyć trzeba, bo bezsens tego artykułu jest ewidentny. Po co on w ogóle jest, skoro większą odpowiedzialność ponoszą dziennikarze wskutek wyroków sądu cywilnego? Tymczasem politycy na hasło „znieście artykuł 212” mówią: a bo wy nie chcecie ponosić odpowiedzialności za swoje słowa. I tak w kółku Macieju.
Politycy nie znają prawa?
Niestety, tak to trochę wygląda. Albo udają, że nie znają prawa, bo uważają, że istnienie tego artykułu ich pomoże. Dowodem na to, że politycy mają w nosie to, co mówią, jest choćby „Kurier Słupecki” i historia Janusza Ansiona, oskarżonego z art. 212 przez wicemarszałka Sejmu, z PSL - partii, która jako jedna z nielicznych chciała nawet naciskać na rząd, żeby zniósł ten artykuł. Tymczasem marszałek jak tylko poczuł się pokrzywdzony, to wytoczył im nie tylko proces karny z art. 212, ale również proces cywilny.
Dużo się mówi o niezależności dziennikarzy w Polsce: albo że jest, albo, że jej nie ma. Jak jest możliwe dziennikarstwo niezależne na poziomie lokalnym?
Ono jest jak najbardziej możliwe.
Mimo presji władz lokalnych, samorządowców, mimo koleżeńskich nacisków, itd.?
Dokładnie tak jest, bo gazeta, która nie patrzy władzy na ręce, traci zaufanie i ludzie przestają ją czytać. W Polsce jest grupa ok. 150 gazet lokalnych, podobnych do naszej, żyjących wyłącznie ze sprzedaży egzemplarzowej. Opowiadanie o tym, że jesteśmy na pasku samorządów jest wierutną bzdurą. My najczęściej z tymi samorządowcami spotykamy się w sądach, co świadczy o tym, jak bardzo się kochamy.
Kiedy spotykam się z kolegami z gazet lokalnych i porównujemy nasze doświadczenia, to okazuje się, że na linii gazeta lokalna – samorząd w każdym rejonie iskrzy. Uważam, że to nic złego - musi iskrzyć. My nie pojawiamy się na rautach u prezydentów, u burmistrzów, bo zdajemy sobie sprawę z tego jak ważna jest nasza niezależność od tych ludzi, którym patrzymy na ręce. Pan nie zobaczy dziennikarzy lokalnych gazet na balu u burmistrza czy prezydenta miasta; bardzo ściśle przestrzegamy takich reguł. Oni są naszymi kolegami, sąsiadami, znamy się, żyjemy w tym samym miasteczku, ale trzymamy dystans, bo to jest fundament naszej pracy. Jeśli o tym zapomnimy, to nie ma sensu wydawać gazety.
Te doświadczenia z Polski przekazuje Pan innym na całym świecie - prowadzi szkolenia dla wydawców, dziennikarzy niezależnych gazet na Białorusi, w Tunezji, czy w Birmie.
Byłem ostatnio w Tunezji i w Birmie. Skończyły się tam dwa projekty, w których uczestniczyłem.
I czego Pan ich tam uczy, co im uświadamia?
Przede wszystkim zarażam ich swoim entuzjazmem. Te projekty oparte są na polskich dziennikarzach. Tak naprawdę, jesteśmy nie do przecenienia. My mamy podobne historie, jak ci ludzie w Birmie czy w Tunezji. W podobny sposób zaczynaliśmy naszą przygodę z mediami. Oczywiście skala naszych krzywd jest zupełnie inna niż w Birmie, ale oni są w podobnej sytuacji, w jakiej my byliśmy kiedyś. Opowiadam im jak stworzyć gazetę z niczego, i że warto to robić. Najczęściej docieram do takich samych wariatów, ideowców, jakimi sami byliśmy. Bo przecież robienie gazety lokalnej to nie jest biznes, z tego nie zbuduje się pałacu. W Tunezji codziennie byliśmy w innym mieście, codziennie spotykaliśmy się z inną grupą dziennikarzy. Jest więc szansa, że wkrótce powstanie tam sporo gazet lokalnych. Zresztą, dziś jest łatwiej i nie tylko z tego powodu, że są telefony komórkowe, iPody, itd. Jest łatwiej również dlatego, że oni mogą sięgać po pieniądze przeznaczone dla organizacji pozarządowych z Unii Europejskiej. Ta pomoc pojawiła się, by wesprzeć demokrację w ich kraju. My – dziennikarze, jesteśmy wynajmowani przez organizacje samorządowe; ja do Birmy jeżdżę z projektów realizowanych przez Instytut Lecha Wałęsy, a w Tunezji byłem z Fundacji Schumana. Obecnie Stowarzyszenie Gazet Lokalnych samo – jako jedna z organizacji pozarządowych – będzie przygotowywać podobne projekty. Będziemy to robić w ramach programu „Media dla demokracji”.
Projekty i nagrody Pana nie omijają. Zauważyłem, że od jakiegoś czasu jest Pan łowcą nagród dziennikarskich…
… raczej nominacji.
Jest Pan też łowcą nominacji, nominowany był Pan w tym roku do nagrody studentów dziennikarstwa Mediatora-INICJATORA, a kilka dni temu zdobył Pan tytuł Dziennikarza Roku 2012 w plebiscycie miesięcznika PRESS. Ten tytuł zobowiązuje – do czego właśnie, Pana zobowiązuje?
Staram się wykonywać najbardziej szlachetny zawód, jaki można sobie wyobrazić: zawód dziennikarza. Poruszam tematy kontrowersyjne, staję przed sądem, ale nigdy nie przekraczam granic, w których ta szlachetność się mieści. I tego się trzymam. Uprawiam zawód, robię swoje, i tyle.
