Z Krystyną Pytlakowską o sztuce wywiadu z politykami i gwiazdami show biznesu rozmawia Błażej Torański.
Krystyna Pytlakowska, absolwentka polonistyki na Uniwersytecie Warszawskim, od 1996 roku dziennikarka „Vivy”. Wcześniej w „Tygodniku Płockim” i wydawanym w Katowicach ogólnopolskim tygodniku „Panorama". Współpracowała z „Twoim Stylem", „Przeglądem Tygodniowym", „Prawem i Życiem", „Kobietą i Życiem", „Zwierciadłem".
Współautorka kilku książek, m. in. „Zaczatowani” (antologia polskiego czata; współautor: Jerzy Gomuła), „Lwy (nie)ujarzmione” (pierwsza w Polsce plotkarska książka, w której żony opowiadają o sławnych mężach; współautorka: Ewa Wilcz-Grzędzińska), „Szaszłyk po polsku" (wraz z Anną Poppek).
Krystyna Pytlakowska otrzymała właśnie II nagrodę w konkursie im. Barbary Łopieńskiej na najlepszy wywiad prasowy, organizowanym przez "Politykę".
Łatwiej Ci namówić na wywiad polityka czy gwiazdę show biznesu?
Kiedyś było w ogóle łatwiej. Teraz gwiazdy, zwłaszcza te, które mają swoje pięć minut, namówić jest trudno, a politycy, jeśli nie mają w tym swojego interesu, też często są nie do wyjęcia.
Z kim Ci było najtrudniej?
Chyba najdłużej czekałam na Jarosława Kaczyńskiego, mniej więcej osiem miesięcy. To jest cholernie inteligentny facet. Inni politycy do pięt mu nie dorastają. Ma wiedzę, w tym polityczną. Ale traci przez „oszołomów”, jak niektórzy nazywają Macierewicza. Część pisowców uważa, że czas Macierewicza się kończy.
Kaczyński jest przekonany, że był zamach?
O tym nie ma co z nim dyskutować. Ale pytałam go, czy zamierza rozpętać wojnę z Rosją. Odpowiedział dowcipnie, z jasnym przesłaniem, że nie.
Nie obawiał się, że cokolwiek ci powie, trafi od razu na plotkarskie portale – Pudelka czy Pomponika - jak większość Twoich tekstów?
Plotkarskie portale wyjmują pikantne fragmenty nie tylko z moich tekstów. A w tym wywiadzie chyba nie ma nic takiego, co by je ciekawiło. Nie myślę więc, że się nie obawiał. Poza tym nie czyta Pudelka. Po drugie: informacje o nim, wypowiedziane jego ustami, przysporzą mu pewnie elektoratu. Politycy powinni doceniać siłę mediów prasowych.
Czym Cię najbardziej zaskoczył?
Dystansem do siebie. Powiedział, że był uważany za monstrum.
Zaskoczył autoironią?
Tak. Okazało się, że wie doskonale, co o nim mówią. I lekko z tego pokpiwa. Mnie to bardzo odpowiada, bo ludzie, którzy mają do siebie dystans i autoironię są wiele warci, to trudna sztuka. Wiem, że będą różne komentarze, że oponenci polityczni napiszą: Kaczyński próbował sobie coś tym wywiadem załatwić. A zwłaszcza tacy, którym odmówił. Teraz przeżywam to po rozmowie rocznicowej z Martą. „GW” napisała, że Marta wykorzystuje prasę kolorową do swoich celów. A jest akurat odwrotnie - to prasa kolorowa zabiega o wywiady z nią, bo „kręci” czytelnika. Długo musiałam ją namawiać. Bała się posądzenia o autopromocję. Bardzo przejmuje się potem komentarzami, które z reguły są nieprzychylne. Ludzie maja w sobie mnóstwo jadu, szczególnie jeśli mogą ukryć się za nickiem.
Wcześniej, dwukrotnie, rozmawiałaś z Jadwigą Kaczyńską.
I na te wywiady czekałam dłużej, ale ze zrozumiałych względów. Była chora, wyszła ze szpitala, źle się czuła, nie miała nastroju. Ale po dwóch latach sama przypomniała o sobie poprzez wnuczkę. Natychmiast się z nią umówiłam. Dobrze wspominam zwłaszcza ostatni wywiad w jej życiu. Pierwszy raz rozmawiałam z nią w 2007 roku. Była podobna sytuacja: choroba, szpital. Umówiła mnie z nią wtedy Iza Trojanowska, pierwsza dama pierwszej damy.
Często korzystasz z takiego pośrednictwa?
Teraz najczęściej trzeba prosić biura prasowe, a nie masz pojęcia czy twoja prośba trafi do polityka, bohatera wywiadu. Znacznie lepiej byłoby się umawiać samemu, mieć telefon do polityka lub gwiazdy. Wtedy wiadomo od razu, czy robimy, czy nie. Teraz, za miesiąc lub za pół roku. W biurach prasowych te prośby często gdzieś przepadają. A już najbardziej nienawidzę, kiedy mi mówią, żebym przesłała mejla. Z góry wiem, że trafi do kosza. Zresztą to wszystko zależy od polityka. Kiedy ministrem sprawiedliwości był Krzysztof Kwiatkowski, Joanna Dębska z biura prasowego umówiła mnie z nim na wywiad z dnia na dzień, przeciwnie niż z Gowinem, do którego dobijam się już prawie rok. Pojechałam do niego do domu pod Łodzią. Kwiatkowski rozumiał, czego od siebie wzajemnie oczekujemy. Zresztą w ogóle jest uroczy.
Czego oczekujesz od polityka?
Żeby mi opowiedział o swojej prywatności, jakim jest człowiekiem, jakie ma w życiu priorytety, co jest dla niego najważniejsze. Próbuję rozszyfrować jego charakter. Także po to, aby wiedzieć, czy potem na niego głosować (śmiech).
A jakie są ich motywacje?
Oni z kolei ode mnie oczekują ocieplenia wizerunku albo pokazania społeczeństwu, jak żyją prywatnie, że są normalnymi ludźmi, którzy robią zakupy, kochają się z żonami, czasem gotują. Myślę, że to jest handel wymienny, barter, który przynosi korzyść obu stronom.
Da się wyciągną cokolwiek nowego od osoby, która udzieliła setek wywiadów?
Mnie się często udaje, bo poruszam się w określonej sferze tematycznej. Polityki nie tykam, bo ona czytelnika mojego pisma nie interesuje. Interesuje go prywatność.
Często jednak dotykasz intymnych obszarów. Bohaterowie zwierzają Ci się m.in. z romansów.
To nie są informacje zupełnie nieznane. Krążą w Internecie. Kiedyś było tak, że wszystko wiedziałam pierwsza z rozmów telefonicznych z moimi koleżankami dziennikarkami. Teraz Internet – różne portale, jak Pudelek - często wykorzystuje moje wywiady. Nie jestem z tego powodu szczęśliwa, bo działa to jak straszak na moich bohaterów. Mówią: „Opowiem ci, a potem Pudelek o tym napisze”. Nie lubię więc tego, ale muszę się z tym pogodzić. Oni też.
Jakie są dla Ciebie granice w opisywaniu intymności?
Nie pytam o alkowę, o impotencję, seks. Chyba, że to jest wywiad z gejem. Wtedy trzeba zapytać o relacje z partnerem. Na przykład Kasia Adamik przyznała mi się do tego, że jest lesbijką.
Coming out?
Mnie pierwszej powiedział też, że jest gejem, Jacek Poniedziałek. To zabrzmiało trochę w domyśle. Powiedział, że się nigdy nie ożeni. Jeszcze się bał reakcji. Kasia Adamik, córka Agnieszki Holland i Laco Adamika, powiedziała wprost, że jest zakochana w kobiecie, chociaż w ogóle jej o to nie pytałam, bo nie miałam pojęcia, jaka jest jej orientacja seksualna. Bardzo ją za to polubiłam. Za odwagę, za to, że zachowała tę wypowiedź w czasie autoryzacji. Teraz, kiedy jest dyskusja o związkach partnerskich, znowu staram się o wywiad z nią, ale zdaje się, że już ma przed tym lęk, że chce odczekać. Myślę, że ją przekonam, bo trzeba wejść na barykady.
Twoi rozmówcy sami są gotowi na takie zwierzenia?
Tak. Bo wprawdzie pytam o zdrady, ale nie: z kim, gdzie i jak. Mnie interesuje aspekt psychologiczny. Mechanizm zdrady, a nie sama zdrada. Jeśli usłyszę, że nigdy nie zdradził, to co najwyżej się zdziwię. Doprawdy? – pytam. W końcu przynosi to efekty, bo myślą: może nie będę kłamał, powiem prawdę.
Pytasz o miłość.
Zawsze. To temat rzeka i interesujący dla czytelnika. Mnie pierwszej powiedziała Danuta Wałęsowa, że – jak uważa – mąż jej nie kocha. Dla mnie jej wypowiedzi były wstrząsające, bo do bólu szczere. Miałam nawet taką myśl, aby panią Danutę ochronić, nie pisać wszystkiego, co mówi. Pociągnęłam jednak ten wątek, mówiła o tym bez znieczulenia, więc opublikowałam to.
Często spotykasz się z ekspiacją, zerwaniem wszelkich masek?
Nie mów „wszelkich”, bo zawsze jakaś maska zostaje. Jedna, druga, trzecia. Bohaterowie mówią tylko to, co są gotowi powiedzieć. Nie powiedzą, że się masturbują albo uprawiają seks grupowy. Chociaż… może niektórzy by powiedzieli.
Powstrzymujesz się przed zapisem, kiedy masz do czynienia z tak dalece posuniętą szczerością?
Nie. Uważam, że jesteśmy dorośli, jest zapis magnetofonowy i wykłada się karty na stół, a potem jest jeszcze autoryzacja. Wtedy łagodzą.
Kto najbardziej rozkopał Ci rozmowę podczas autoryzacji?
Najbardziej ingerują osoby, które rzadko udzielają wywiadów i wydaje im się, że zupełnie inaczej mówili. Wtedy wysyłam im także tekst spisany z kasety. Wiem, że ich przerazi. Bo rozmowa spisana z kasety często nie ma rąk, nóg, mnożą się niejasności, nielogiczności. Ten człowiek myśli wtedy: „Boże, jak ja mówiłem? Co ona ma z tego napisać?”.
Wypowiedzi przypominają karykatury.
Dokładnie. A potem widzi wywiad napisany poprawnie, zgrabnie, który wydobywa meritum. A ja to potrafię. Ja się nie chwalę…
Dokonać syntezy?
I napisać ją własnymi słowami, ale tak, że bohater się z nią zgadza. Bo tak czuje. Zawsze uprzedzam, że z długiej rozmowy muszę zrobić duży skrót, pigułkę i żeby byli na to przygotowani.
Z kim najbardziej się męczyłaś?
Każdy wywiad kosztuje mnie mnóstwo energii, ale męczyłam się z Olbrychskimi – Danielem i Rafałem. Z Danielem od dawna się znamy. Jesteśmy zaprzyjaźnieni, jeśli w ogóle można się przyjaźnić z gwiazdą. Daniel jest bardzo szczery. Rafał jest impulsywny, choleryk. Było tak, że w pewnej chwili obraził się na Daniela i wyszedł. Oczywiście ja byłam temu winna (śmiech), bo zadawałam pytania dociekliwe. Ale za tydzień dokończyliśmy tę rozmowę. Tylko potem miałam potworne problemy z autoryzacją.
Wykłócasz się o każde słowo?
Nie! Kłócę się o sens. Zdania niech sobie zmieniają. Ale do białej gorączki doprowadza mnie, jak poprawiają pytania. Olbrychscy prosili, aby wydłużyć wypowiedzi, zarzucali mi, że jeden z nich mówi za dużo, a drugi za mało i najlepiej, abym napisała wywiad od nowa (śmiech). Kinga Baranowska dopisywała mi pytania, których nigdy bym jej nie zadała. Interesowały mnie tylko jej przeżycia i odczucia, jak się wspina, a nie geograficzne informacje.
Kto Ci odmówił?
Wielu ludzi odmawia. Nie są w danym momencie gotowi na udzielanie wywiadów. Albo nie mają w tym interesu, bo jeszcze płyta nie wyszła, książka dopiero w druku, albo wybory za rok, dwa. Ale najbardziej irytuje mnie, jak brakuje im odwagi, aby powiedzieć, że się mnie boją. Wiem, że są tacy, którzy chętnie udzieliliby wywiadu dla „Vivy!”, ale chcieliby rozmawiać z innym dziennikarzem.
Masz poczucie, że się Ciebie boją?
Rzadko, ale mam. Tak postąpiła Jolanta Fraszyńska. Nie wiedziałam, dlaczego z góry mnie przekreśla, bo nigdy wcześniej nie spotkałyśmy się. Pytałam ją w mejlu, czy nie jest to kwestia zawiści środowiskowej, bo zdarza się, że ktoś ci tyłek obrobi: tej nie udzielaj, bo ona nigdy nie autoryzuje i zawsze dokopie.
Ktoś Cię obgadał?
Oczywiście, że obgadują. Ja też to robię (śmiech). Tak naprawdę to jedyna miła rozrywka w tym zawodzie.
