Wiesław Łuka rozmawia z Konradem Piaseckim o „uśmierceniu” przed mikrofonem byłego ministra,  o niechęci do pyskówek politycznych przed kamerą i sztucznych podziałach w środowisku dziennikarskim.

Konrad Piasecki – dziennikarz polityczny w prasie, radiu i telewizji; także  autor bloga. Od 1997 r. pracuje w RMF FM; obecnie prowadzi w nim codzienną  rozmowę Kontrwywiad. Od 2007 r. w TVN 24 jest gospodarzem programu publicystycznego Piaskiem po oczach.  Zamieszcza artykuły w Rzeczpospolitej, Polityce, Newsweeku, Tygodniku Powszechnym. Prowadzi warsztaty dziennikarskie w Collegium Civitas.                      

 

Dość późno odkryłem w sobie genotyp zakonnika – wyznał jeden z niedawnych pańskich rozmówców; a kiedy pan odkrył w sobie genotyp dziennikarza?

 

Ja zacząłem od odkrycia w sobie genotypu nastolatka przejętego polityką. Genotyp antykomunisty, odkryłem jako dwunastolatek w stanie wojennym. To może dziś trudne do uwierzenia, ale biegałem wówczas na wszystkie solidarnościowe manifestacje; polityka bardzo mnie poruszała. I pewnie pomyślałbym już wtedy o sobie jako o przyszłym dziennikarzu politycznym, wiedziałem jednak, że w rzeczywistości  tamtych lat walki i cenzury jako dziennikarz nie będę mógł mówić pełnym głosem, więc zdałem na studia historyczne, co mnie również interesowało. Na drugim, czy trzecim roku studiów, w pierwszych latach po przełomie ustrojowym, zacząłem przygodę z dziennikarstwem, oczywiście politycznym. Pod okiem znakomitego „patrona”, redaktora Wojciecha Giełżyńskiego, uczyłem się podstaw zawodu w gazecie codziennej, która się jednak nie ukazała. Nauczyłem się za to docierać do informacji, odróżniać newsa od artykułu, wymyślać tytuły i pisać leady; wszystko w tempie…

Większość studentów dziennikarstwa, z którymi mam od lat do czynienia, wpada w popłoch na samą myśl o tempie pracy…

A ja byłem tą mniejszością, którą od początku bawiło dziennikarstwo informacyjne, bardzo szybkie przekazywanie newsów. Wtedy telewizja publiczna wydawała mi się statyczna, a stacje komercyjne jeszcze nie działały. Pojawiły się natomiast pierwsze komercyjne stacje radiowe – m.in. Radio Kolor Manna i Materny. Gen „newsowca” dał o sobie znać, więc musiałem do nich zapukać; casting wypadł pomyślnie, pewnie między innymi dlatego, że  nie miałem problemów z szybkim mówieniem.

Jeszcze trzeba umieć szybko myśleć…

Miałem, oczywiście kilka wpadek, ale największą już po kilkunastu latach praktyki w Radiu RMF FM, gdy niemal uśmierciłem byłego ministra sportu. Po wybuchu słynnej afery hazardowej, gdy Mirosław Drzewiecki wyjechał do Stanów Zjednoczonych, doszła do mnie wiadomość, że na Florydzie doznał ciężkiego zawału i został przewieziony do szpitala. Tę informację sprawdziłem w dwóch źródłach. Próbowałem też dodzwonić się do samego zainteresowanego, ale telefon nie odpowiadał, więc natychmiast zrodził się domysł –stan jest poważny…Trzeba było serdecznie przepraszać. Wcześniej, kiedyś, relacjonując na gorąco jakąś demonstrację, przestraszyłem radiosłuchaczy, że naciera na mnie kordon policji, bo tak mi się z pewnego oddalenia wydawało.

Emocje mącą język bezpośredniego przekazu, zaczyna brakować najprostszych słów, a tymczasem wartość przekazu zależy w dużym stopniu od barwności języka…

Już dość dawno zauważyłem, że nie potrafię pracować, jeśli nie czuję nad sobą „bata” czasu. Gdy mam nadawać radiową relację, to najlepiej się czuję przygotowując ją najwyżej pięć – dziesięć minut przed wejściem na antenę…

Czyli spontan…żywioł ?

Natychmiastowa adrenalina i – z wiekiem – coraz mniej stresu. Dbam też o  barwność, plastyczność języka, staram się sporo czytać dobrych tekstów z literatury pięknej i literatury faktu. Sporo się też można było nauczyć słuchając archiwalnych nagrań – choćby relacji legendarnego radiowca, Bohdana Tomaszewskiego. Sztuka polega na tym, by kontrolować emocje. Broń Boże nie eliminować ich, tylko wiedzieć, kiedy emocjonalnie „wrzasnąć” do mikrofonu, a kiedy równie emocjonalnie obniżyć ton o kilka stopni. Pan redaktor Tomaszewski fantastycznie budował nastrój przekazu, pobudzał wyobraźnię   – treścią oraz intonacją słów.

A od kilku lat zadomowił się pan również w telewizji – tu też słowo, ale także obraz, kamera, jej bezlitosna rejestracja luzu bądź napięcia w oczach, na wargach, szczękach,  skroniach, dłoniach, palcach…

Telewizja, to dla mnie przedłużenie radia. Nie odczuwałem żadnej bariery między mikrofonem, a kamerą. Powiedziałem sobie: w studiu telewizyjnym nie zakładam żadnego kagańca, zachowuję się tak, jak przed mikrofonem radiowym.

Wyczytałem, że zanim pan go uruchomi z rana, robi ćwiczenia na elastyczność narządów mowy i ćwiczy refleks – co to takiego?

Jakiś dynamiczny poranny dialog, dowcip, krótka dyskusja, chwila śpiewu czy aktywności fizycznej – to dobrze robi na poranne rozbudzenie. Każdy pewnie ma na to swój sposób. Ja mam też problemy z artykułowaniem samogłosek, więc ćwiczę rano dykcję. Odpowiedni zestaw ćwiczeń – to moja codzienność w samochodowej drodze do radia.

A zaproszeni na rano do studia politycy, czy inni rozmówcy, często z wrodzonym antyreflesem, przychodzą półsenni ?

Przeciwnie, wielu z nich, zwłaszcza nieobytych z mikrofonem, zjawia się tu mniej lub bardziej zdenerwowanych, zestresowanych, speszonych; niektórym trudno ukryć panikę w oczach. Tych muszę rozluźnić opowiadając dowcip lub zapraszając do opowiedzenia przez nich dowcipu. Śmiejemy się, uspokajam ich zadając na sucho jakieś jedno, dwa pytania…Nierzadko zdarza się, że gość przed audycją sypie dowcipami, anegdotami na temat kolegów, czy przeciwników politycznych, ostro wypowiada się o ich poglądach, a za trzy minuty, przed mikrofonem pokornieje, staje się do bólu poprawny politycznie, wstrzemięźliwy w słowach, unika kontrowersyjnych sformułowań, by nie zanotować wpadki…

Na pewno pan pamięta, który z gości był szczególnie trudnym rozmówcą?

Słynny kapitan LOT-u, Tadeusz Wrona po pamiętnym, dramatycznym ale szczęśliwym lądowaniu Boinga na Okęciu długo zastanawiał się nad każdym zdaniem. Bardzo oszczędnie gospodarował słowem; ale ten znakomity pilot już tak ma.  

W jednym z wywiadów, jedna ze znanych reportażystek wyznała, że nie ma takich pytań, których by nie zadała swemu bohaterowi, że zawód reportera jest niezbyt etyczny…

Reportażysta inaczej rozmawia z ludźmi niż publicysta. Nie pytam polityków o ich życie prywatne, rodzinne, rozwody i kłopoty z dziećmi. Reportażysta pyta, drąży, bo szuka reporterskiego „mięsa”; to zrozumiałe, że jego bohaterowie muszą się liczyć z dziennikarskim wścibstwem. Moi goście oczekują wymiany poglądów. Jednak przeprowadzając wywiady z członkami rodzin ofiar katastrofy smoleńskiej musiałem pytać o przeżycia i bardzo osobiste odczucia ludzi przeoranych emocjonalnie. To było wyjątkowe wyzwanie.

Ma pan wielu kolegów po fachu, uprawiających ten sam rodzaj dziennikarstwa, choć nie tak samo. Prawie wszyscy z nich są skrajnie różnie oceniani przez radiosłuchaczy, czy telewidzów. Pan nie zbiera skrajnych ocen ?

Nie lubię wywiadów polegających na posadzeniu naprzeciw siebie dwóch rozmówców, którzy natychmiast zaczynają wyzywać się od „oszołomów” lub „zdrajców ojczyzny”. Obrzucanie inwektywami, okładanie cepami po głowach sprawiają, że wyłączam telewizję, czy radio. Chciałbym, żeby moja audycja miała jakiś, choćby odrobinę głębszy sens, żeby zmierzała do jakiejś konkluzji. Telewizyjno-radiowe pyskówki często kończą się tylko na emocjach - choć pewnie kreują niezłą oglądalność.

Jest pokaźna grupa dziennikarzy, w tym wielu wybitnych, sytuująca siebie poza tzw. mainstreamem i określająca się mianem niezależnych i niepokornych. Gdy się ich słucha, czyta, ogląda, to oczywiście widać, że są zależni i pokorni „tylko inaczej”. Czy pan się czuje jakoś zależny i pokorny? 

Uważam ten podział naszych kolegów za sztucznie tworzony. Tak naprawdę -poza mainstreamem można usytuować tylko tzw. dziennikarstwo obywatelskie oraz blogerów-amatorów. Podział, o którym pan mówi jest tożsamy z podziałem na dziennikarzy silnie, lub słabiej zaznaczających własne sympatie polityczne, a nawet partyjne. Tymczasem każdy z nas ma poglądy polityczne, ale nikt z dziennikarzy nie powinien ich ostentacyjnie demonstrować, bo wówczas sprzeniewierza się głównym zasadom naszego kodeksu etycznego – bezstronności i obiektywizmowi. Wówczas staje się politykiem i propagandystą partyjnym. To jest choroba polskich dziennikarzy, że część z nich uważa, iż musi siedzieć w okopach po obydwu stronach barykady politycznej i musi jawnie się określać jako zwolennicy lub przeciwnicy rządu, czy opozycji. Ja jestem dziennikarzem politycznym, ale staram się nie demonstrować ani poglądów partii rządzących, ani opozycyjnych. Chwalę lub krytykuję zarówno rząd jak i opozycję za ich dokonania lub błędy.

Niektórzy często podkreślają – i słusznie – ze trzeba patrzeć władzy na ręce, ale zapominają, że opozycja, też ma władzę…

Wszystkim politykom trzeba patrzeć na ręce, bo wszyscy popełniają błędy. Oczywiście, rządzący mają większą władzę, moc decyzyjną, a tym samym znacznie większą odpowiedzialność.

Czy zdarza się panu podświadomie okazywać w pytaniach i komentarzach więcej sympatii politykom jednej ze stron?

Staram się tak samo rozmawiać z politykami wszystkich opcji. Popieram lub krytykuję  nie polityków, lecz sprawy, którymi się zajmują,  albo nie zajmują, choć  powinni... Dobry pomysł może mieć kolor żółty, pomarańczowy, czerwony, czy czarny. Natomiast staram się zawsze ustawiać się trochę w opozycji do każdego polityka i jego poglądów, każdemu zadać trudne pytania. Politycy wszystkich nurtów mają tendencję do wykrzywiania rzeczywistości. Często przecieram oczy ze zdumienia, gdy czytam ich opisy czy interpretacje rzeczywistości. Katastrofa smoleńska spowodowała szczególnie jaskrawe ich wykrzywienia. Strony obrzucają się wyzwiskami – a ci „wichrzyciele”, a ci „zdrajcy”. Odrzucam jeden i drugi sposób rozumowania. Politycy czy dziennikarze, którzy go stosują, działają jak ludzie z nałożonymi na oczy, wykoślawiającymi rzeczywistość soczewkami. 

Pan nigdy nie miał poczucia „wykrzywienia” w tym, co robi?   

Owszem, zdarzało się, że emocje za bardzo mnie poniosły. W dyskusjach z politykami nieraz zdarzają się spięcia - bywa, że ze studia wychodzimy z lekka na siebie obrażeni.

Prowadzi pan na jednej ze znanych uczelni prywatnych warsztaty z dziennikarstwa radiowego – jakie pytania najczęściej zadają przyszli adepci naszej sztuki?

Wyczuwam u nich lęk, że studia nie doprowadzą ich do sukcesu zawodowego. Nie ściemniam im, że na zatłoczonym rynku łatwo się odnajdą, że na każdego -  studenta, studentki – czeka szybka i piękna kariera. Ale tym, którzy wykażą się pasją, będzie łatwiej.

Dziękuję za rozmowę, Wiesław Łuka

 

 

 

 

 

 

 

 

    

 

 

        

 

    

 

  

 

 

 

 

 

 

 

  

  

 

 

 

       

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

   

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl