Z prof. Ireneuszem Kamińskim z Instytutu Nauk Prawnych PAN rozmawia Ewa Teda.

Rozmowa z prof. Ireneuszem Kamińskim z Instytutu Nauk Prawnych PAN, ekspertem w dziedzinie postępowań przed Trybunałem w Strasburgu

- Sala sądowa to dobre miejsce na rozstrzyganie sporów i polemik między publicystami?

- Polemiki dziennikarzy są zwykle sporami środowiskowymi, wręcz zawodowymi. Publicyści powinni je rozstrzygać np. w ramach procedur istniejącego stowarzyszenia zawodowego. Generalnie, to nie są sprawy dla sądów. Chyba że padają zarzuty wykraczające poza dziennikarską polemikę i dochodzi np. do znieważenia jakiejś osoby. W takim przypadku nie widzę przeszkód, by odwołać się do sądu. Jeśli natomiast spór dotyczy samego wykonywania zawodu, ocen politycznych czy historycznych formułowanych przez dziennikarzy, najlepszą metodą odparcia ataku czy dotkliwej krytyki jest merytoryczna odpowiedź. W mediach, do których przecież publicysta ma dostęp. I kropka – nic więcej.

- Jeśli jednak spór dotyczy polityki, zwłaszcza bieżącej i ocen „twórczości” adwersarza, sprawa nierzadko kończy się pozwem o naruszenie dóbr osobistych czy wręcz oskarżeniem o zniesławienie. Czy taki sądowy finał nie szkodzi w ostatecznym rozrachunku prestiżowi mediów?

- Czym innym jest budowanie prestiżu zawodu dziennikarza, a czym innym „kłótnie” przedstawicieli mediów. Spory grupy zawodowej „wynoszone” poza środowisko z pewnością nie świadczą o nim najlepiej. Prawna możliwość ich rozstrzygania jednak istnieje. Tyle że nasze sądy zwykle nie są przygotowane do wydawania orzeczeń w sprawach dotyczących polemik prasowych, kształtu recenzji naukowych - jak to było w przypadku sporu na jednej z lubelskich uczelni, czy w razie wątpliwości dotyczących oceny wydarzenia artystycznego. Tu właściwym adresem są krytyczne publikacje, polemika między autorami o odmiennych poglądach. Takie publicznie formułowane oceny, nawet bolesne, powinny wyczerpywać spór środowiska. Jeśli natomiast na sądy przerzuca się ocenę takich wydarzeń, świadczy to zwykle – delikatnie mówiąc - o nadwrażliwości osoby, która nie rozumie lub nie zauważa, na czym polega krytyka. Ponadto wynika to z jej niezrozumienia, czym jest sąd.

- Ale sądy takie „medialne” pozwy przyjmują i wiele miesięcy, a nawet lat zajmują się sprawami dziennikarskich sporów. Nie mogłyby odmówić ich przyjęcia albo od razu rzecz umorzyć?

- Jeśli sprawa jest wnoszona w ramach procedury cywilnej, to od osoby odwołującej się do sądu zależy, czy postępowanie będzie prowadzone, czy też nie. Podobnie jest w wypadku procedury karnej, bo mamy do czynienia ze sprawą prowadzoną z oskarżenia prywatnego. Sąd nie może po prostu powiedzieć: „to nie jest sprawa dla nas”. Jeśli trafia do niego pozew o naruszenie dóbr osobistych, musi postępowanie rozpocząć, o ile formalne kryteria wniesienia sprawy zostały spełnione. Oczywiście czym innym jest wydanie merytorycznego rozstrzygnięcia. Tu nierzadko można mieć zastrzeżenia.

- Jakie?             

- Jeśli mamy do czynienia z postępowaniem karnym, a tak jest w przypadku zniesławienia, niektóre sądy zdają się nie dostrzegać, że prawo karne, do jakiego odwołuje się wnoszący pozew jest szczególnie dotkliwym „instrumentem” rozstrzygania sporów. Posługuje się przecież represyjnymi sankcjami. A te powinny być stosowane tylko wyjątkowo.  W wielu europejskich krajach obserwujemy tendencję do odchodzenia od traktowania zniesławienia jako przestępstwa. W październiku nawet na Ukrainie parlament wykreślił z kodeksu kary za zniesławienie.

- Helsińska Fundacja Praw Człowieka prowadzi kampanię na rzecz zniesienia artykułu 212. Ten jednak na razie trzyma się mocno.

- W Europejskim Trybunale Praw Człowieka w Strasburgu Polska już kilkakrotnie przegrała sprawy wniesione przez dziennikarzy, ukaranych przez nasze sądy z artykułu 212. Sędziowie nie mieli wątpliwości, że naruszono art. 10 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka, chroniący swobodę wypowiedzi. I takie decyzje podejmował Strasburg nawet, gdy polskie sądy warunkowo umarzały postępowanie. To nie wystarcza, bo informacja o skazaniu z art. 212 jest umieszczana w rejestrze karnym i osoba skazana w takim procesie ponosi tego konsekwencje. Może mieć kłopoty, jeśli zechce zaciągnąć kredyt albo ubiegać się o wiele stanowisk pracy czy starać o wizę do USA. Mamy więc do czynienia ze szczególnie dotkliwą sankcją.  

- Politycy jednak chcą zachowania artykułu 212. Wielu traktuje go jako użyteczny „bat” na media.

- To prawda. Część polityków chciałaby, aby sąd uznał ich adwersarza za przestępcę. Można powiedzieć, że wiele osób publicznych uznaje sankcje przewidywane przez art. 212 za „efektowne”.

- Co najmniej kilka głośnych procesów dotyczących medialnych polemik i ocen rozpoczął, pozywając dziennikarzy były redaktor naczelny „Gazety Wyborczej” Adam Michnik. W sierpniu 2012 r. wystąpił np. do sądu przeciwko Rafałowi Ziemkiewiczowi, gdy ten stwierdził, że „Michnik terroryzuje przeciwników pozwami sądowymi”.  

- Adam Michnik w latach 80. wręcz modelowo walczył o wolność słowa. Jego dzisiejsza „procesowa” aktywność kontrastuje z tamtą postawą. Krytyka jego zachowań jest uprawniona. Zwłaszcza, że mamy do czynienia z opiniami, a nie wypowiedziami o faktach. Ich prawny status wygląda inaczej i odmiennie powinny być traktowane w sądach. W przypadku twierdzeń o faktach weryfikujemy je na zasadzie: prawda albo fałsz. Opinie podlegają innym kryteriom. Powinny być dozwolone w bardzo szerokim zakresie, nawet jeśli są kontrowersyjne. Tu nie ma prostego testu – fałszywe czy prawdziwe i jeśli polskie sądy takiego rozstrzygnięcia użyją, sprawę przed Trybunałem w Strasburgu Polska niewątpliwie przegra.

- Zatem wolno dotkliwie krytykować przeciwników politycznych, publicystów gazet o przeciwnej do naszych poglądów opcji, o ile ci dali nam choćby niewielką podstawę do formułowania takiej krytyki?

- Bez wątpienia. W debacie publicznej dozwolone są nawet słowa uznawane za obraźliwe. Dziennikarz, który nazwał austriackiego polityka „idiotą” wygrał sprawę w Strasburgu. Trybunał uznał, iż miał prawo uciec się do takiej oceny, skoro polityk wręcz ją sprowokował swoim zachowaniem. Uznano to za dozwoloną krytykę, zwłaszcza, że osoba publiczna powinna mieć „grubszą skórę” niż przeciętny obywatel.

- A czy organizacja zawodowa, a konkretnie Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich ma prawo oceniać i krytykować autorów publikacji czy programów? Niedawno Cezary Łazarewicz z „Newsweeka” pozwał SDP za nominowanie go do niechlubnego wyróżnienia „Hieny Roku”. Podobny pozew złożył Przemysław Orcholski i nawet wygrał w pierwszej instancji.

- Stowarzyszenie zawodowe jest nie tylko uprawnione, ale wręcz zobowiązane do formułowania pewnych ocen, zwłaszcza, jeśli sądzi, że naruszone zostały standardy wykonywania tej profesji. Łamanie etyki musi być piętnowane. Antynagrodę można przyznać, choć powinno to być uzasadnione. Taka „nagroda” jest oceną dokonań dziennikarza, ale nie jego całego dorobku. Wystarczy jedna skandaliczna publikacja czy program.

- To nie sąd chyba jednak powinien rozstrzygać, czy dziennikarz na „Hienę” zasłużył?

 - Nie, skoro jednak pozew został złożony, sąd zajmuje się sprawą. Powinien wziąć pod uwagę m.in. konwencję, w jakiej tytuły „Hieny” są przyznawane oraz rolę SDP, zobowiązanego do dostrzegania negatywnych zjawisk w dziennikarskiej profesji i piętnowania ich. W Hollywood też przyznaje się „Złote Maliny” za najgorsze filmy i role, a aktorzy, czasem bardzo znani, już się z tym oswoili i nawet przychodzą po odbiór tych nagród.

Rozmawiała Ewa Teda

 

Pełna wersja wywiadu z prof. Ireneuszem Kamińskim ukaże się w kolejnym numerze „Forum Dziennikarzy”

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl