Największym sukcesem dla mnie jest to, że mogę komuś pomóc, a widz odchodząc od ekranu ma poczucie, że jest lepszy, bardziej wrażliwy. To są twoje własne słowa. Czy tobie o to chodzi w reportażach?
To jest najważniejsze, bo każdy film czy reportaż zawsze robimy po coś, dla kogoś. Z jednej strony robię go dla siebie, bo jest to jakaś moja własna forma autorskiej wypowiedzi i staram się, żeby w reportażu była moja cząstka. Przede wszystkim muszę czuć temat, żeby się za niego zabrać, ale z drugiej strony muszę mieć poczucie, że właśnie widz odchodząc od ekranu będzie poruszony, będzie przeżywał emocje – radość, współczucie, strach o bohatera. Sama ciekawość nie jest dla mnie aż tak istotna, najważniejsze są jednak te emocje, bo cała siła przekazu tkwi właśnie w emocjach. To się buduje w trakcie pracy. I kiedy np. dokumentuję temat, to staram się otworzyć bohatera. Czasami zdarza się, że ludzie są pozamykani, nie chcą mówić, ale jeśli widzą, że jestem szczera i chcę ich wysłuchać, sami zaczynają mówić. I wtedy ta relacja między nami bardziej się zacieśnia i myślę, że widz po obejrzeniu takiego reportażu ma poczucie, że widział coś prawdziwego, autentycznego. Faktycznie staram się też pomóc. Niedawno zrobiłam reportaż o chłopaku, który stracił dom, stał się bezdomnym, po tym, jak ojczym wyrzucił go na bruk. Kiedy zainteresowałam się nim i opowiedziałam jego historię językiem filmowym, to nagle okazało się, że wszyscy chcą mu pomóc, pomoc ruszyła z całej Polski…
Dzięki tobie. Czy uważasz, że to jest właśnie największy sukces reportażysty: pomoc, zainicjowanie akcji społecznej?
Tak, to jest najfajniejsze. To daje poczucie, że moja praca ma sens. A z drugiej strony jest jeszcze to poczucie, że takie reakcje pozwalają widzowi, żeby w czasie oglądania reportażu stał się lepszym człowiekiem, bardziej wrażliwym właśnie przez tą historię.
Często powtarzasz, że reportaż to praca zbiorowa.
Mam świetną ekipę od wielu lat, i między nami jest chemia. Bo chemia to podstawa, żeby zrobić coś fajnego. Pracuję z operatorem Kamilem Frontczakiem i montażystami Anią Krubską, Pawłem Makowskim i Olą Dębską. Siedzimy po nocach, żeby powstało coś wartościowego. Ta nagroda SDP, to w dużym stopniu ich zasługa.
Zauważyłem, że swoimi reportażami nie chcesz „dołować” widza. Pokazujesz trudne sytuacje, dramatyczne losy ludzi, jak np. w reportażach nagrodzonych w konkursie SDP. Z tych sytuacji twoi bohaterowie wychodzą zwycięsko; żyją przez wiele lat z ciężką chorobą („Ołówek w ręku Boga”), mimo że lekarze nie dawali im szans na przeżycie, lub poprawiają swój beznadziejny wydawałoby się los, jak w reportażu „Pogonka”, gdzie dzieci z biednych rodzin z pomocą kilku społeczników zaczynają tworzyć przy pomocy kamery. W sumie starasz się pokazać, jak twoim bohaterowie budują wokół siebie lepszy świat. A ty im w tym pomagasz.
Bo na tym mi bardzo zależy. Chcę dawać ludziom nadzieję i myślę, że potrafią wyjść z najbardziej traumatycznych przeżyć. Jeśli ktoś np. ogląda reportaż o kobiecie, która walczy z chorobą, nie poddaje się, to jednocześnie może pomyśli: jej się udało, czemu mnie ma się nie udać? Może przejąć jej siłę, ludziom zawsze jest łatwiej ze świadomością, że nie są sami, że jest ktoś w podobnej sytuacji, ma podobne problemy i cierpi tak jak my. To „współodczuwanie" daje właśnie nadzieję i siłę.
W twoich reportażach nie ma jednostronnie negatywnego obrazu świata, coś się kończy pozytywnie, coś się kończy szczęśliwie, jak mówisz - dajesz nadzieję. Idziesz w poprzek tych trendów, które są w mediach; w poprzek tabloidyzacji, nie poszukujesz skandali…
Reportaż jest inną formą niż typowy materiał interwencyjny. Też mi się zdarza, że jadę na jakąś interwencję, realizuję krótsze formy, które wymagają innego sposobu filmowania, innego podejścia do tematu, kiedy trzeba postawić sprawę ostro, przyjąć jasno określone stanowisko. Ja zabierając się za dłuższą formę, za reportaż czy za film zawsze dążę do tego, żeby jednak była ta nutka nadziei, żeby to było pozytywne, bo myślę, że jednak w dzisiejszym świecie mamy tyle złych rzeczy wokół siebie, że warto też mówić o tym, co piękne, co wartościowe, że są ludzie, którzy potrafią się podnieść po swoich traumach.
Skąd się u ciebie to bierze?
Chyba z natury taka jestem. Optymistycznie patrzę na świat, kocham ludzi, kocham zwierzęta, psy, koty, konie, i też jestem otwarta na świat i ludzi wokół siebie. Być może też dlatego spotykam takich bohaterów na swojej drodze.
Ze sprawami dla reporterki masz często do czynienia, bo na co dzień pracujesz w dziale informacji…
…i tak się zastanawiałam, czy byłabym w stanie to rzucić, gdyby ktoś mi zaproponował zajęcie się wyłącznie reportażem. Bo to na początku było moje największe marzenie. To był zawsze mój konik. Z drugiej strony, część tematów właśnie powstała w czasie różnych moich interwencji, kiedy musiałam realizować newsy. Okazywało się, że często są to właśnie tematy na reportaże. Wracałam więc do bohaterów newsów, którzy stawali się bohaterami reportaży. Niewątpliwie, przygotowywanie tylko reportaży byłoby frajdą, bo np. lubię taki spokój, powolne zastanawianie się nad reportażem, jak zbudować scenę, jak wykreować daną historię, ale wiem też, że praca w informacji daje mi szanse spotykania i poznawania wielu wspaniałych ludzi.
Rozmawialiśmy o twojej wrażliwości, ale oprócz niej w tej pracy potrzebny jest warsztat. Ty się nie zadowalasz tym, co osiągnęłaś dotychczas i podnosisz swoje umiejętności. Obecnie studiujesz w Mistrzowskiej Szkole Reżyserii Filmowej im. Andrzeja Wajdy w Warszawie. Co dzięki tym studiom dodajesz do swojej osobowości?
Studiowanie w Szkole Andrzeja Wajdy, to było moje wielkie marzenie od zawsze. Próbowałam swoich sił w zeszłym roku, nie udało się, ale się nie poddałam i tym roku zdałam. W tej szkole jest tak, że trzeba przynieść swój własny pomysł na film, dokładnie opisany, z dokumentacja zdjęciową. Nie mówimy o tym, co byśmy chcieli zrobić, ale musimy to mieć rozpisane na konkretne sceny. Jest to trudniejsze niż w telewizji, bo muszę się przestawić na sposób opowiadania stricte filmowy.
A co mi to daje? Kontakt ze wspaniałymi ludźmi, z Marcelem Łozińskim, Jackiem Bławutem – cenię ich filmy, dla mnie są oni geniuszami w pokazywaniu zwykłych rzeczy, które dzieją się wokół nas, w sposób niezwykły. Rzeczy banalne, odpowiednio sfilmowane, stają się magiczne. Ja w ogóle lubię, kiedy w reportażu czy w filmach dokumentalnych coś jest niedopowiedziane, jest jakaś tajemnica, pierwiastek magiczny. To mnie pociąga.
Masz swój projekt?
Teraz robię film o Dominiku Połońskim*. To jest wybitny wiolonczelista, kiedyś znany na całym świecie. Przydarzyła mu się choroba i został sparaliżowany. Ale od razu zaznaczam , że to nie będzie kolejna opowieść o niepełnosprawnym, który walczy ze swoją chorobą i przez to jest wielki. Absolutnie nie, bo Dominik był wielki zanim zachorował. Uważam, że zasługuje na film bez względu na to, czy wygrał walkę z rakiem czy nie, ponieważ jest niezwykle charyzmatyczną postacią, właściwie to nie ma takich muzyków na świecie jak on. Jest dla mnie uosobieniem totalnego muzyka, tacy zdarzali się w epoce Romantyzmu. W tej chwili dostałam decyzję o dofinansowaniu mojego filmu przez Szkołę, bo znalazłam się w piątce wyróżnionych po pierwszym roku. Wkrótce ruszamy ze zdjęciami!
Czyli spełniło się twoje reporterskie marzenie?
Tak, bo ten temat o Dominiku chodził za mną przez wiele, wiele lat, a teraz dopięłam swego. Ja skończyłam szkołę muzyczną, 12 lat gram na fortepianie i wiem, że jest to ciężki kawałek chleba. Teraz razem z Dominikiem zrobię film na miarę moich marzeń.
http://dominikpolonski.com/home.html; http://pl.wikipedia.org/wiki/Dominik_Po%C5%82o%C5%84ski
