Z Pawłem Reszką o tym, jak dziennikarz powinien sobie radzić na rynku rozmawia Błażej Torański.
Tematy - jak zawsze - leżą na ulicy. Ale jak teraz, Pawle, sprzedać dziennikarski tekst?
Wystarczy ciekawy temat i dobrze napisany materiał. Od lat nic się tu nie zmieniło.
Wystarczy? Wydawcy niechętnie patrzą na freelancerów bez znanego nazwiska.
Nie mam takiego doświadczenia. Akurat dziennikarz bez etatu nie jest obciążeniem dla redakcji. Nie trzeba mu płacić ZUS-u, składki zdrowotnej, dawać urlopu. On sam musi dbać o siebie, o swoją firmę. To bardzo wygodne dla wydawcy, dlatego oni chętnie podpisują umowy z dziennikarzami prowadzącymi własną działalność. Dziennikarzy etatowych jest coraz mniej.
Łatwo Ci mówić, bo jesteś znany. Ale wydawcy obawiają się wolnych strzelców, tego, by zbyt odważnymi publikacjami nie narazili ich na odszkodowania.
Zgadzam się, że wydawca może się obawiać, jeśli od autora o nieznanym nazwisku dostaje „aferalny” tekst. To naturalny lęk przed kosztownym procesem. Ale jest i tak, że dobrze udokumentowanym materiałem można wydawcę przekonać. Nie trzeba też od razu zaczynać od opisywania afery ART B czy skomplikowanych kantów na rozliczeniach finansowych. Wystarczy zacząć od dobrego reportażu społecznego, opisania problemu, ludzkiej historii. Nie trzeba rzucać się w pierwszym tekście życia na partię polityczną, o wiele łatwiej i bezpieczniej na nieuczciwego burmistrza czy komendę powiatową policji. Od autora, który zaczyna w zawodzie, nikt nie oczekuje, że przyniesie głowę premiera czy ministra spraw wewnętrznych. Wystarczy ciekawy tekst, który nie musi opisywać afer na najwyższym szczeblu. Pamiętam reportaż Ryszarda Kapuścińskiego „Sztywny”.
Z tomu reportaży „Busz po polsku”.
To był pozornie banalny temat. Kapuścińskiego wysłano na Śląsk, aby zrobił produkcyjniak. Tymczasem trafił tam na niesamowitą historię. Zginął młody górnik, który pochodził z Mazur. Przywaliło go i trzeba było ciało przetransportować. Kilku kolegów rzuciło go na ciężarówkę, która po drodze się zepsuła. Na ostatnim etapie podróży Sztywny niesiony był na ramionach kolegów. Powstał fantastyczny reportaż o socjalistycznej Polsce. Nie było w nim żadnej afery. Kapuściński zaryzykował, bo wysłano go w innym celu, a jednak mu się to opłaciło.
Jest teraz w opiniotwórczych tygodnikach zapotrzebowanie na takie teksty?
Wydaje mi się, że tak, bo ten reportaż był wstrząsający. Teraz w miasteczkach, w Polsce powiatowej, też rozgrywają się dramaty, dziwne historie. Na komendach policji wybuchają afery, kradną albo gwałcą jakąś dziewczynę. Niektóre tematy są proste. Justyna Polanska, dziewczyna, która nie jest profesjonalną dziennikarką, napisała książkę z punktu widzenia polskiej sprzątaczki w niemieckich domach. Pokazała z tej perspektywy społeczeństwo niemieckie – bardzo ciekawe. Teraz wszyscy kombinują z ukraińskimi sprzątaczkami w Polsce. Liczy się, więc pomysł.
Ta książka nosi tytuł „Pod niemieckimi łóżkami. Zapiski polskiej sprzątaczki”. Wywołała w Niemczech falę dyskusji. Kilka tygodni temu na Polsko-Niemieckich Dniach Mediów we Wrocławiu dokumentalistka z Opola Teresa Kudyba opowiedziała, jak z ulicy dostała pracę w „Deutsche Welle”. Czy w Polsce jest to możliwe?
Powiedziałeś, że mam znane nazwisko, ale prawda jest taka, że przed laty dostałem się do zawodu w ten sposób, że poszedłem na praktyki wakacyjne do „Rzeczpospolitej”. Na wydziale wisiało ogłoszenie. Dostałem za to pieniądze, po kilku miesiącach pół etatu, po roku etat. To był zupełnie inny start. Ale nadal wierzę, że jak ktoś napisze bardzo dobry, udokumentowany, tekst, to każdy tytuł go opublikuje. Powtarzam swoim studentom, że czasy są trudne, ale nie wyobrażam sobie wydawcy, który ma dobrze poukładane w głowie i odmówi publikacji fantastycznego tekstu. Ciągle jest na to rynek.
Media nie unikają trudnych tematów? Nie ma zapisów na nazwiska i autorów?
Ja się z tym nie spotkałem. Na szczęście nikt mi nie mówił, o czym mogę, a o czym nie mogę pisać. Nie mógłbym zresztą tolerować takiej sytuacji. Ale media są w tak parszywej sytuacji, tak biedne, że może się zdarzyć, że nie piszą o firmie, która daje im reklamę. Albo nie chcą pisać o biznesmenie, który może kupić, sprzedać akcje wydawnictwa albo namówić kolegów, żeby nie wykupywali reklam. A to jest bardzo niebezpieczne. Tak, zdarza się, że media unikają niektórych tematów.
Boją się kosztów procesów?
Kosztów procesów, utraty reklamodawców.
Andrzej Stankiewicz po odejściu z „Wprost” powiedział mi, że nie jest to gazeta, która patrzy politykom na ręce i rzetelnie relacjonuje rzeczywistość. „Możesz w niej pisać tylko pod warunkiem, że nie wkraczasz w obszary objęte ugodami wydawcy. Jeśli napiszesz o gościach, z którymi podpisał jakieś deale, to tekst i tak się nie ukaże”. Odszedłeś z „Wprost” zaraz po Stankiewiczu. Spotkałeś się z taką wewnątrzredakcyjną cenzurą?
Nigdy we „Wprost” nie usłyszałem: nie pisz na jakiś temat. Gdyby się to zdarzyło, odszedłbym. Nie mógłbym tego tolerować.
Nie brakuje Ci Michała Majewskiego, z którym przez lata tworzyłeś parę autorską?
Napisaliśmy wspólnie wiele tekstów, ale radziliśmy sobie też oddzielnie. Michał zdecydował się zostać we „Wprost”, ja odszedłem do „Tygodnika Powszechnego”. Ale teraz piszemy razem kolejną książkę reporterską o pewnym człowieku służb specjalnych.
Dziennikarstwo jest zajęciem indywidualnym. Jak wam się razem pracowało?
Razem zbieraliśmy materiały, wiele rozmawiali. Czasami już tak przegadaliśmy, że pisaliśmy razem albo każdy oddzielnie swój kawałek. Robert Krassowski, naczelny „Dziennika” Axela Springera, był raz zszokowany. Wpadł do nas do pokoju. Pisałem w amoku, Michał patrzył mi przez ramię. Wymienialiśmy się opiniami, spierali. Nagle musiałem iść do kibla. Michał przysiadł się do komputera i kontynuował myśl. Nikt nie odróżniał, który z nas co napisał. Czasami kłóciliśmy się, ale jak np. Michał mówił: „Wiesz to mi się nie podoba” albo „To jest jakoś kulawo napisane” nigdy nie traciliśmy czasu na dyskusje: „Słuchaj, nie zgadzam się to jest fajne”. Skoro jednemu się nie podoba to coś musi być nie tak. Natychmiast szukaliśmy nowych rozwiązań. Cel był wspólny – napisać jak najlepszy tekst, pod którym będziemy podpisani obaj. Poza tym nikt się z nas nie obijał. Pracowaliśmy po równo.
Jesteś dziennikarzem prasowym. Jak długo utrzymają się gazety?
Myślę, że papier nie umrze, przeżyje w różnych formach. Będzie tak ekskluzywny, jak płyty winylowe. A jakościowe dziennikarstwo powróci. Po papce portalowej ludzie zechcą wreszcie płacić za wysokiej jakości informację. Sprawozdawca sądowy „Gazety Wyborczej” Bogdan Wróblewski odszedł właśnie do pracy w NIK, nad czym boleję. Ale jakbym chciał przeczytać relację sądową, to jego pióra. Zna się na tym, ma warsztat, pasję. Wierzę, że dziennikarstwo przeżyje w płatnych portalach, w dziennikarskich spółdzielniach.
