Z Zaherem Sabaderem, korespondentem mediów arabskich w Polsce o prwaniu Marcina Sudera rozmawia Błażej Torański.
Jak myślisz, kto porwał Marcina Sudera?
Porwał go odłam Al-Kaidy Al-Nussra, który działa w Syrii i prawdopodobnie jest finansowany przez szejków z Arabii Saudyjskiej, Emiratów Arabskich i Kuwejtu z błogosławieństwem odłamów rządu saudyjskiego.
Czy był to przypadek?
Nie, porwali go dlatego, że jest dziennikarzem. Widzieli, że ma przy sobie aparat fotograficzny. Zaatakowali biuro prasowe w mieście Saraqeb, w północno-zachodniej Syrii. Biuro należy do Wolnej Armii Syryjskiej, której przywódców przyjął wczoraj prezydent Francji François Hollande.
Czy Suderowi grozi śmierć czy chodzi tylko o nagłośnienie konfliktu?
Obawiam się, że może mu grozić śmierć, bo w tym oddziale są nie tylko Arabowie, ale Czeczeni, talibowie, najemnicy z całego muzułmańskiego świata. Także z Europy, być może i z Polski. Niedawno ta sama brygada zabiła dwóch prawosławnych biskupów, syryjskiego i libańskiego. Im nie zależy na pieniądzach, na okupie. Jeśli ktoś myśli w Polsce, że uda się uwolnić fotoreportera dzięki okupowi, to się myli. Odradzam takie działanie, bo ci ludzie kierują się ideologią, są w każdej chwili gotowi na męczeńską śmierć, by pójść do raju.
Czy odradzasz pracę dziennikarzom w Syrii? Zginęło ich już kilku. Życie stracili m.in. Amerykanka Marie Colvin, pracująca dla brytyjskiego Sunday Timesa i francuski fotoreporter Remi Ochlik.
Oczywiście odradzam. Zabiciem ich obarcza się niesłusznie reżim Baszszara al-Asada. Oni zginęli w bombardowaniach, zabili ich partyzanci, najemnicy. Psy wojny, finansowani przez rząd Arabii Saudyjskiej i krajów Zatoki Perskiej.
