Rozmowa dnia z Ireną Piłatowską-Mądry o kobiecej dominacji w reportażu radiowym i o potrzebie refleksji. Rozmawia Marek Palczewski.
Reportaż radiowy w Polsce jest zdominowany przez kobiety. Jednym tchem mogę wymienić, oprócz Pani, kilkanaście reportażystek, a nie przychodzą mi tak samo łatwo do głowy nazwiska reportażystów. Zatem, jaka jest przyczyna, że to przede wszystkim kobiety uprawiają z powodzeniem ten gatunek, bo chyba diagnoza jest słuszna?
Zdecydowanie tak. A odpowiedź jest bardzo prosta. Kobiety są wszędzie tam, gdzie trzeba dużo pracować, a mało się zarabia (śmiech). To ich cierpliwość, chęć kontaktu z drugim człowiekiem, i naprawdę bardzo ciężka i czasochłonna praca w czasie zbierania materiału i już po nagraniu powoduje, że powstaje reportaż, ale na końcu tej drogi za swoją pracę otrzymują marne pięćset złotych…
Czyli, że kobiety nie dość, że godzą się na gorsze warunki, to poza tym są bardziej cierpliwe od mężczyzn?
Zdecydowanie tak. A poza tym jeszcze pokutuje w naszym społeczeństwie taki wzór, że to mężczyzna ma przynosić podstawową gotówkę na utrzymanie, a to, co zarabia kobieta, to jest jak gdyby jedynie dekoracja, dodatek do pensji męża. Taki jest model rodzinny w Polsce; on się oczywiście zmienia, bo dzisiaj w rodzinach liczy się każde pięć złotych.
Kobiety pracujące w publicznym radiu mają to do siebie, że lubią robić reportaże. To oczywiście zajmuje im dużo czasu, ale dostają za to małe pieniądze, wobec czego wymyślają sobie jeszcze parę innych zajęć, żeby dorobić. Przeciętny mężczyzna byłby takim żywotem wykończony (śmiech).
Proszę powiedzieć, ile Pani średnio zajmuje przygotowanie reportażu, od fazy pomysłu i dokumentację do montażu i publikacji?
W tym wszystkim musi być jeszcze czas – jak to mówią mieszkańcy byłej Jugosławii - na puszczenie mózgu, żeby się pasł, czyli, żeby przyszedł pomysł na ułożenie naszego nagrania albo w ogóle na nagranie jakiejś historii. Źródeł pomysłów na reportaż jest bardzo dużo, bo sami słuchacze podpowiadają często tematy, ale kiedy już jest ten pierwszy impuls, to trzeba najpierw troszkę poczytać, na przykład dotrzeć do archiwów, czasami zdobyć na to zezwolenie, co wydłuża okres dokumentowania tematu. Następnie jest wyjazd w teren, i wtedy jego długość zależy od tego, dokąd trzeba jechać – czy są to na przykład okolice Warszawy, czy gdzieś dalej. Przeważnie zbieranie materiału do przeciętnego i nietrudnego reportażu trwa około dwóch, trzech dni. A potem zaczyna się żmudny etap pierwszej selekcji, kiedy się wydaje, że nic z tego nie będzie, bo w nagraniach jest mnóstwo śmieci i boimy się, czy nam się to złoży w jakąś całość czy nie. Szczęśliwie, przy drugiej selekcji najczęściej okazuje się, że mamy sporo dobrego materiału. I teraz przychodzi bardzo ważny moment; jeżeli dobrze wiemy, o co nam chodzi, to praca powinna potoczyć się szybko. Ale czasem okazuje się, że temat, który sobie wymyśliliśmy jest nie do zrealizowania i rodzi się inny. Jest jeszcze taka możliwość, że cos będziemy musieli dograć. Jak już wiemy, o co nam chodzi, to najważniejsze jest to pierwsze i ostatnie zdanie reportażu, a reszta układa się sama. Przy bardzo dużej sprawności i łatwym temacie, dobry reportaż można zrobić w ciągu tygodnia. Bywało, że robiłam reportaże z dnia na dzień, ale to wymagało ogromnej sprawności i koncentracji, jednak tego nie da się robić na co dzień. Chyba, że wydarzyło się naprawdę coś ważnego i trzeba było działać natychmiast.
Wielu osobom wydaje się, że po publikacji sprawa się kończy i reportaż umiera. Ale w Pani reportażach wielokrotnie było inaczej, były nawiązania do wcześniejszych publikacji. Co podpowiada Pani w tym względzie doświadczenie wyniesione ze spotkań ze słuchaczami?
Umiera tylko niedobry reportaż. Nasze reportaże żyją w słuchaczach. Gdy spotykam się gdzieś z jakimś człowiekiem, który opowiada nam, i to opowiada z wielkimi emocjami reportaż, który słyszał, to takie wydarzenie wskazuje, że reportaże żyją w ludziach. I wcale nie jest prawdą, że wyemitowany reportaż znika, albowiem są ludzie, którzy o niego pytają, pytają o bohaterów, i proszą, żeby do nich wracać, dopowiadać historie rozpoczętą wiele lat temu. W czasie spotkań ludzie pytają mnie na przykład o reportaże, których autorką była Krystyna Melion, a ona przecież reportaży nie robi już przynajmniej od piętnastu lat. Ale do takich reakcji słuchaczy potrzeba reportaży, które poruszą ich emocjonalnie.
Na szczęście, w Polsce są ludzie, którzy słuchają reportaży radiowych, a te powstają bodaj wyłącznie w radiu publicznym. Czy to jest jakiś fenomen na tle rynku polskiego reportażu w ogóle, bo przecież w gazetach reportaż praktycznie zanikł (wyjątkiem jest „Duży Format” – M.P.), w radiu komercyjnym w ogóle nie istnieje, i tylko radio publiczne podtrzymuje tę tradycję?
Radio publiczne produkuje reportaże dlatego albo mimo to, że jest to gatunek czaso- i pracochłonny, i jego wytworzenie sporo kosztuje. Komercja tego nie robi z tych właśnie powodów, że reportaże są za drogie, za długi jest okres ich produkcji oraz, że wymagają dobrego przygotowania. Ten model nie sprzyja tworzeniu reportaży Do tego potrzebna jest szkoła mistrzów, a taka szkoła mistrzów jest tylko u nas, w Polskim Radiu, radiu publicznym.
Do publicznego radia w Warszawie i w ośrodkach regionalnych w Katowicach, Krakowie, Lublinie, Białymstoku, czy Zielonej Górze przychodzą ludzie, którzy mają się od kogo uczyć, na kim wzorować. Tego nie ma w rozgłośniach prywatnych, bo nie ma takiej tradycji, i tej tradycji nie będzie, bo – jak powiedziałam - to jest zbyt czasochłonne, pracochłonne i za dużo kosztuje. Dużo taniej można robić radio żywe, gdzie zaprasza się do studia ciekawych gości, gra ciekawą muzykę i podaje wiadomości. To też jest ważne, ale samo w sobie nie prowadzi do tworzenia reportaży.
Jaka jest wobec tego Pani prognoza na temat przyszłości reportażu? Przetrwa, zmieni się?
Ja o przyszłość reportażu jestem spokojna. Mimo, że każdy dzisiaj może sobie kupić film na dvd i oglądać go w domu, to jednak lubimy chodzić do kina. Mówiło się też o końcu książek, bo jest telewizja. Owszem, jest pewien kryzys w czytelnictwie książek, ale ludzie wciąż czytają, jeśli ich na to stać finansowo.
Książki czytają ludzie, którzy mają potrzebę refleksji na temat tego, co się w ogóle dzieje w świecie i co się w tym świecie dzieje z nimi, bo przecież refleksja wpisana jest w naturę ludzką. I tę potrzebę refleksji zaspokaja również reportaż.
