Z Januszem Weissem o tym dlaczego po 23 latach odszedł z radia Zet i najbliższych planach zawodowych rozmawia Błażej Torański.


 

Rozdzwonił się telefon, kiedy media podały, że Radio Zet rezygnuje z Pana usług?

Miałem satysfakcję, bo dostałem sześć ofert. Wśród nich stałą współpracę w „Szkle kontaktowym” i bardzo ciekawą propozycję z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich, która miała wiązać się z pracą radiową. Otóż chcą mi przedstawić rejestr najciekawszych spraw - interwencji i opinii - którymi się zajmowali, a mają tego 650 rocznie. Realizowałbym audycje, które ukażą się w radiowej Jedynce, ale i na stronach internetowych urzędów wojewódzkich w całym kraju. To ważna społecznie praca, ciekawa też dla radiosłuchaczy, gdyż wiedzieliby, czym się zajmuje Rzecznik Praw Obywatelskich. Od września rozpocznę tę współpracę.

Będzie to program „Wszystko, co chciałbyś wiedzieć i nie boisz się zapytać” na antenie radiowej Jedynki?

Tak, proszono mnie, abym położył nacisk na sprawy społeczne, interwencyjne. Zapewne nie wszystkie te sprawy znajdą rozwiązanie, ale dzięki wykładni prawnej być może pojawi się jakaś forma nacisku na posłów, aby zmienić jakąś ustawę. Jest pole do popisu.

Dobrze się Pan czuje w tej formie dziennikarstwa?

Czuję się najlepiej, bo zajmowałem się tym 21 lat.

Audycja „Dzwonię do Pani, Pana w bardzo nietypowej sprawie”, była w latach 1990-2011 jedną z najbardziej rozpoznawalnych na antenie Zetki.

Audycja ta miała wpisany swój kres, bo skoro miała być słuchana i popularna - a tak się stało - coraz bardziej byłem rozpoznawany. Nie mogłem już sobie żartować. I wtedy słuchacze wymyślili: „Co pan tak będzie dzwonił udając Marsjanina. Niech pan zadzwoni do ZUS-u, GUS-u czy NFZ-u i pójdzie śladem tego, co mnie spotkało. To będzie ciekawe”.

Która ze spraw, poruszonych w tej kultowej audycji, sprawiła Panu największą satysfakcję?

Niestety, nie prowadzę żadnych statystyk. To były tysiące różnych spraw. Żałuję, że nie czyniłem notatek. Ale miałem taką historię, która dopiero po latach przyniosła efekty, a jest szalenie ważna dla przedsiębiorców. Chodziło o sposób rozliczania się z fiskusem. Przedsiębiorca podpisując fakturę musiał dać fiskusowi pieniądze, których sam jeszcze nie miał. To była metoda memoriałowa, która zakłócała często płynność. Tymczasem metoda kasowa, którą wprowadzono dla małych i średnich przedsiębiorstw dopiero po latach, polega na tym, że biznesmen rozlicza się mając pieniądze w kieszeni.

Związał się Pan teraz z radiową Jedynką, gdzie zamierza Pan realizować także inne projekty. Jakie?

Sukcesywnie pojawią się i inne audycje. Z dwoma kolegami – Robertem Sławoniem (pracował kiedyś w Radiu Zet) i Czesiem Apiecionkiem (księgarzem, wydawcą) – zamierzam rozmawiać o książkach dla dzieci i młodzieży pod roboczym tytułem „Ene due like fake”. Będzie to wspominanie fragmentów książek z dzieciństwa, rozmowy z autorami książek dla dzieci i młodzieży, wydawcami, zapytamy też polityków, jakie lektury w dzieciństwie zrobiły na nich największe wrażenie.

Gazety, ba, nawet telewizja, zwłaszcza programy informacyjne, dobijane są przez Internet. Czy radio, słuchane choćby przez kierowców, nie ma w tej konkurencji największych szans przetrwania?

Wróżono upadek filmowi, kiedy pojawiła się telewizja. Tak się nie stało. Film, kina, mają się nadal dobrze. Nawet ocalały kina studyjne. Zupełną nowością są rozgłośnie internetowe. Jest ich podobno w Polsce ponad czterysta. Są wyspecjalizowane. Być może będzie też można wkrótce zamawiać sobie programy radiowe – muzykę, informacje.

Dostosowane do indywidualnego profilu? Jak w serwisie Amazon, który, analizując historię naszych transakcji podpowiada, jaką moglibyśmy kupić książkę.

Tak. Twórcy takich rozgłośni, które nie wymagają żadnych koncesji, będą proponować sprofilowane oferty programowe. To bardzo interesujące, takie radio szyte na miarę. Ale pozostaną też wierni radiosłuchacze tradycyjnych programów. Widzę dużą przyszłość przed rozgłośniami internetowymi. Można robić też rozmaite konkursy, zarabiać na nich i na reklamach.

Dlaczego polscy wydawcy nie cenią doświadczenia, jak np. w CNN, wolą zatrudniać za grosze miedia-workerów zamiast najwyższej klasy profesjonalistów?

Myślę, że jednak doświadczeni dziennikarze zawsze będą mogli liczyć na jakieś oferty pracy. Ale dzieje się tak, że wydawcy robią programy pod reklamodawców. Liczy się target, grupa docelowa. W przypadku radia np. programy adresuje się do młodych, którzy nie dorobili się jeszcze zbyt wielu rzeczy, ale już zarabiają jakieś pieniądze. Słuchacz po pięćdziesiątce ma już odkurzacz, żelazko i pralkę. Nie jest więc to ciekawy klient dla producentów tych przedmiotów. Ale zapomina się, że ci ludzie myślą o kupnie nowego samochodu czy domu letniego.

Czy też wyjechać na Seszele.

No tak (śmiech), ale być może rzesza nabywców żelazek i odkurzaczy jest wieksza. Ale z kolei ci pięćdziesięciolatkowie kupują z rozmysłem za większe pieniądze. Potrzebna jest równowaga.

Ma Pan nadal gorycz po rozstaniu z Zetką? Chcieli Pana wypchnąć z zawodu. Padały też argumenty dotyczące wieku…

Nie rozumiem, dlaczego tak się stało. Usłyszałem, że stosunkowo mało jest wejść na stronę internetową mojej audycji. Ale ja nie pracowałem w Internecie, tylko w radiu! Jeśli idzie o słuchalność, rzeczywiście zmniejszyła się, bo dwa lata temu wymuszono na mnie drastyczne zmiany. Zmieniono mi temat - kazano dzwonić wyłącznie do VIP-ów - czas emisji – na siódmą piętnaście – i skrócono audycje do dwóch i pół minuty. Powtarzano mi z uporem: „Dzwoń do Kory Jackowskiej z pytaniem czy jej suczka jest muzykalna?”.

Jakie były efekty zmiany formuły z programu poważnego (choć podszytego żartem) na tabloidalny?

Przez dziesięć miesięcy żaden radiosłuchacz nie zadał mi ani jednego pytania. Po miesiącu wydawcy powinni się ocknąć, że ludzi to nie interesuje. Dopiero po roku powiedziano mi, że mogę wrócić do dawnej formuły i czasu emisji, ale audycja nadal ma być krótko. Niemożliwe jest jednak wyjaśnienie jakiegokolwiek problemu w dwie i pół minuty. Kiedy jednak zacząłem odzyskiwać słuchaczy nagle dowiedziałem się o jego zdjęciu z anteny. Uważam, że zrobiono to z premedytacją, bo najpierw zmaltretowano mi program. Z tego wynika, ze musieli to planować od dwóch lat. Potem pytano mnie: „Jak długo chciałbyś jeszcze w radiu pracować?”. Co to znaczy, jak długo?

Odpowiedział Pan: „do końca życia”?

Tak właśnie odpowiedziałem. A kiedy otworzyli nową stację Radio Zet Gold złożyłem kolejne propozycje. Mówiłem, że pracowałem na estradzie, znam zespoły, piosenkarzy, realia tras koncertowych, sal, objazdów i mógłbym robić audycję o muzyce lat 60. i 70. Ale nie było reakcji. Cisza. Kto wobec tego ma robić programy o muzyce z tych lat? Ludzie, którzy urodzili się po roku 70.? Nonsens. Właścicielem stacji są Francuzi, ale nie przypuszczam, żeby oni w poszukiwaniu oszczędności podejmowali decyzje personalne.

A może był Pan po prostu za drogi?

W takim przypadku powinni zaproponować mi pozostanie w radiu za mniejsze pieniądze. Ale takiej oferty nie dostałem. Daje słowo, że nie znam przyczyny.


 


 


 


 


 


 


 


 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl