Z Piotrem Gajdzińskim o plotce rozmawia Błażej Torański. 

Z Piotrem Gajdzińskim o plotce rozmawia Błażej Torański.

 

Jak rodzi się plotka, Piotrze?

Różnie. Czasem jest efektem świadomych działań, najczęściej powstaje samoistnie. Plotka jest instrumentem komunikacji, wszyscy lubimy plotkować. Przy pomocy plotki kreujemy się na ludzi dużo wiedzących, znających kulisy, wiedzących, co dzieje się „za kurtyną”. Kreujemy się na takich, którzy mają wielką wiedzę, żeby inni nas słuchali, uważali za interesujących ludzi. A za interesujące ludzie często uznają to, że jakiś polityk wczoraj się upił albo pojawił w barze z dziwką, że znany telewizyjny prezenter jest gejem. Plotka jest najbardziej interesująca wówczas, gdy tworzy się ją w konkretnym celu, na przykład do zdyskredytowania przeciwników politycznych lub – w gospodarce – konkurencyjnych firm. Plotka jest obracana na różne sposoby, coraz więcej ludzi ją powtarza, propaguje. Szczególnie proste jest to w Internecie, do którego wszyscy mają dostęp, jest masowy. Łatwo przyjmuje takie treści i je oddaje, czyli zapładnia tą wiedzą innych.

Środowisko dziennikarskie jest bardzo rozplotkowane?

Moim zdaniem to jedno z najbardziej rozplotkowanych środowisk. Powtarzają sobie plotki, chętnie ich słuchają. I oczywiście w dziennikarstwie jest też plotkarski przemysł: kolorowe czasopisma, które zajmują się wyłącznie plotkowaniem o gwiazdach. Publikują wywiady na podstawie wywiadów, których nikt nie udzielił, przy komputerze wymyślają różne historyjki. Czytelnicy wierzą w to bezgranicznie. Koszmar.

Ale czy plotka nie może być jednym ze źródeł informacji?

Oczywiście. Dziennikarze zbierając informacje siłą rzeczy dostają też plotki. Często bezmyślnie powtarzają je bez weryfikacji. Ale wielu na szczęście traktuje plotkę jako początek, wątek, który może ich doprowadzić do ciekawej historii. I to jest w porządku.

Ile prawdy jest w plotce? Podaj przykłady najbardziej absurdalnych.

Tego nie można generalizować, bo w niektórych jest część, a w innych nie ma nawet krztyny prawdy. Nie ma nawet ziarna prawdy w plotce z lat 90., że w podziemiach Belwederu Lech Wałęsa miał harem. Nie jest prawdą, że za Gierka w ośrodku rządowym Arłamowie sprowadzano Europy Zachodniej czarnoskóre - i inne - panie dla zaspokojenia chuci bonzów partyjnych. Że Gierek miał złote klamki w rozsianych po kraju daczach. Ale prawdą jest, że miał wiele rezydencji i że elity lat 70. prowadziły rozpasane życie. No, rozpasane na ówczesną miarę.

Dzisiaj nie prowadzą? Za plotkę uznajesz, że minister Sławomir Nowak nosi nieprzeciętnie drogie zegarki? Na przykład Ulysse Nardin za ponad 30 tys. zł.

Wydaje mi się, że to nie plotka, tylko informacja, bo minister nawet się tych zegarków nie wypierał. To raczej jego służby medialne robiły wszystko, aby powstało wrażenie, że mamy do czynienia z plotką, próbowały zdyskredytować tę informację „Wprost”.

A co z rozpasaniem obyczajowym obecnych elit? Plotki?

Akurat w tym zawsze tkwi jakaś prawda. Wino i kobiety są pewnie w ich życiu obecne. Nie badałem, bo mało mnie interesują podboje seksualne polityków, ale od czasów pani Marzeny Domaros, autorki książki „Erotyczne immunitety”, nie mieliśmy w Polsce seksualnego skandalu i nie było też plotek.

Jak to, a seks za pracę w Samoobronie?

Rzeczywiście, masz rację. Ale na Zachodzie ta sfera częściej napędza plotki. Naszym elitom do bunga-bunga Berlusconiego, na szczęście, daleko.

A z najświeższych plotek?

Słynna jest sprawa oświadczenia ministra Jacka Sasina o tym, jakoby Sikorski z Komorowskim cieszyli się, że Lech Kaczyński zginął w katastrofie smoleńskiej. Zapewne nie była to prawda, typowa plotka, której polityk nie zweryfikował, a próbował podnieść do rangi informacji. Słyszałem niedawny wywiad Sasina w radiowej Trójce i myślę, że uległ plotce. Ktoś mu coś powiedział, ktoś coś gdzieś usłyszał. Jak u cioci na imieninach, polityk nie powinien tego powtarzać do momentu, gdy nie znalazł stuprocentowego potwierdzenia.

Odszedłeś z dziennikarstwa kilkanaście lat temu. Nie masz poczucia, że przez ten czas media zdominowane zostały przez rozrywkę i plotkę?

Tak to w dużym stopniu jest, ale wyjątkiem od reguły są ostatnie sukcesy tygodników opinii „W sieci” i „Do Rzeczy”. Potwierdzają one silne zapotrzebowanie na poważne dziennikarstwo. Ale największą moją niechęć budzi co innego. Teraz dominuje w tym zawodzie metoda „skopiuj” i „przeklej”. Dziennikarstwo stało się usługowe. Ponadto jest bardzo spolityzowane. Wystarczy otworzyć „Gazetę Wyborczą” czy – coś z przeciwnego bieguna, np. „Gazetę Polską” - i przeczytać nazwisko autora, a od razu wiadomo, jakie oceny znajdziemy w tekście. Nuda. Brakuje wyważonych opinii, a one są konieczne co najmniej dla zwykłej przyzwoitości.

Brakuje Ci dziennikarstwa?

Brakuje atmosfery w redakcjach, ale nie jestem pewien czy znowu chciałbym wrócić do zawodu, który jest teraz inny, aniżeli w latach 90. Dominują tabloidy i „wyroby dziennikarsko podobne”, a w tym chyba nie potrafiłbym się znaleźć. Jakieś związki z dziennikarstwem na szczęście nadal mam, bo regularnie publikuję w miesięczniku „Odra”.

Od kilkunastu lat wydajesz książki. Najgłośniejsza, zrecenzowana przez Wisławę Szymborską w „Gazecie Wyborczej”, była o plotce: „Imperium plotki czyli amerykańskie śniadanie z niemowląt”. Masz poczucie, że przekroczyłeś granicę między dziennikarstwem a literaturą?

Nie mam takiego poczucia, ani nawet aspiracji. Najwyżej marzenia. Wszystkie książki, które wydałem, mają charakter publicystyczny. Może delikatnie zahacza o literaturę ostatnia z nich: „Sztuka przywództwa. Piłsudski”. Bardzo delikatnie. Kolejna, nad którą teraz pracuję, też będzie publicystyczna, bo to biografia Edwarda Gierka.

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl