Przyznano Panu tytuł Mistrza Mowy Polskiej. Jest Pan zadowolony ze swojej polszczyzny?

Na pewno jestem zadowolony z tego wyróżnienia, ale z wielką pokorą podchodzę do tego, co robię. Nadal mam wiele braków, popełniam błędy, a ta nagroda skłania mnie do większej uwagi. W mojej pracy jednak trzeba być po prostu sobą. Pomyłki pojawią się zawsze.

Pana komentarze, szczególnie z meczów piłki nożnej, są pełne emocji, radości. Niczym w teatrze wyobraźni. Jakby po polskich boiskach biegali Messi, Cavani czy Ronaldo, a nie Jakub Kosecki i Paweł Brożek.

To jest komplement. Sport jest pełen niezwykłych emocji. Dlatego staram się tylko - w mojej ocenie nieudolnie - przekazywać swoim słuchaczom to, co widzę i czuję, czym sport wydaje się być. Wykonuję zawód, o którym marzyłem.

Jak Pan sobie radzi z emocjami? Łatwo podczas relacji o lapsusy, wpadki językowe.

Dlatego podkreślam, że trzeba być sobą. Lapsusy zawsze będą. No cóż, nic na to nie poradzę, jeśli ktoś zechce zwracać uwagę tylko na błędy, wyrywać zdania z kontekstu. Nieraz w transmisji brzmiały one inaczej. Nie mogę ciągle się bać, myśleć, że się pomylę. Błędy przyjmuję z dobrodziejstwem inwentarza. Ale myślę też, że słuchacz, którego traktuję się poważnie, wybacza przejęzyczenia i pomyłki, bo w czasie ponad dwugodzinnej transmisji są one nieuniknione. Ważne, aby nie przekraczały granicy wytrzymałości polonistów i słuchaczy.

Słuchacze nie tylko wybaczą, ale – zapewne - za to Pana kochają. Za trafne dowcipne powiedzenia.

Od pierwszych dni pracy dziennikarskiej staram się słuchacza traktować bardzo poważnie i zabrać go sprzed odbiornika w podróż do miejsca, z którego relacjonuję. Często mam wrażenie, że słuchacze siedzą obok i razem przeżywamy. Nie tylko samą walkę, wydarzenie sportowe, ale i atmosferę, nastrój. To chcę przekazać.

A jaką ostatnią wpadkę Pan zapamiętał?

Mój pierwszy nauczyciel zawodu, Zbyszek Wojciechowski, mawiał: „O wpadkach będziesz mówił, jak przejdziesz na emeryturę”. Tę zasadę stosuję. Jak usiądę w bujanym fotelu, zapraszam Pana, pogadamy o wpadkach. Jasne, że są. Przecież też przeżywam. Zwykle jednak tych sformułowań nie pamiętam. Przypominają mi je słuchacze.

To niemożliwe, aby nie pamiętał Pan słynnego bon motu z 1996 roku, w nerwowej końcówce walki o Ligę Mistrzów Widzewa Łódź z Broendby Kopenhaga. Krzyczał Pan do mikrofonu: „Dlaczego pan nie gwiżdże? (…) Panie Turek, niech pan kończy to spotkanie (…) Turku, kończ ten mecz!”

To - tak, ale wielu nie. Długo nie mogliśmy w archiwum Polskiego Radia znaleźć zapisu całej transmisji tego pamiętnego meczu, aż do niedawna, kiedy robiliśmy porządki z powodu cyfryzacji. Nie pamiętałem wszystkiego. To jest niemożliwe. Pamięć wracała dopiero podczas rozmów, wymiany listów.

Kto był dla Pana wzorem komentatorów piłki nożnej: Jan Ciszewski?

Jako młody kibic uwielbiałem transmisje Jana Ciszewskiego. Wprowadzał niezapomniany nastrój. Nie tylko podczas meczów reprezentacji, ale i Górnika Zabrze. Pamiętam słynne mecze z AS Roma i z Manchesterem City. Nie ukrywam, ze dałem się ponieść fantazji sprawozdawczej Jana Ciszewskiego.

Ale każdy komentator musi wreszcie iść swoją drogą. Nie wolno mu ślepo naśladować. Każdy to czuje inaczej. Styl wyraża się po jakimś czasie. Lubię na wielkich imprezach słuchać innych sprawozdawców, także zagranicznych. Patrzeć na kolegów z innych stacji radiowych. Zasłuchuje się w głosach Portugalczyków, Brazylijczyków, Hiszpanów, Kolumbijczyków, komentatorów z Argentyny. Nieraz zamykam oczy i dociera do mnie melodia ich głosów, niczym fajna radiowa muzyka. Takie podpatrywanie wiele mi daje.

Jaki jest Pana warsztat dziennikarza sportowego? Czyta Pan zachodnią prasę – „Guardiana”, Timesa” czy „Die Welt” – Internet? Śledzi Pan biografie piłkarzy, statystyki i wypowiedzi menedżerów?

Dzisiaj, dzięki Internetowi, łatwo jest dotrzeć do informacji, są na wyciągniecie ręki. Ale równocześnie trudniej jest radiosłuchacza czymś oryginalnym zaskoczyć. Stanowi to większe wyzwanie.

Dawniej miałem setki teczek z wycinkami prasowymi i własnymi notatkami. Niektóre z nich są już tylko pamiątkami. Teraz dokumentuję inaczej. Aby dotrzeć do informacji, których nie mają inni dziennikarze, rozmawiam z zawodnikami, podglądam ich na treningach, na zgrupowaniach.

Doczekamy się wreszcie w piłce nożnej sukcesów na miarę reprezentacji Kazimierza Górskiego?

Chciałoby się powiedzieć, że tak, że może nawet nastąpi to szybko. Ale z mocarstwowości dawno sie wyleczyłem. Patrzę z dystansem. Będzie to trudne, bo obecnie trudniej przebrnąć przez eliminacje. Ale nie tylko o to chodzi, aby wygrywać. Co zrobić, żeby nasze drużyny – nie tylko w piłce nożnej - grały radośnie, dobrze, fajnie. Bo przecież w sporcie chodzi o obfitość silnych emocji, o przeżycia. Ale wierzę też, że kiedyś w finałach mistrzostw świata w piłce nożnej znowu zagramy z powodzeniem. Dlaczego nie w tym roku?

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl