Przekrój”, który umiera i zmartwychwstaje, na ostatniej okładce – dał Marka Raczkowskiego. Czy tak silna jest pozycja rysowników w prasie, skoro trafiają na okładki?

Pozycja rysowników nie jest mocna. Silna jest Marka Raczkowskiego, który zdobył ją swoją indywidualnością. Ale o pozycji autora formy plastycznej decydują: redaktor naczelny i jego graficzny plenipotent oraz publiczność. Raczkowski trafił do publiczności.

Sawka, Mleczko, Raczkowski, Krauze, mają swoich fanów, chcesz powiedzieć?

Nie chcę. Henryk Sawka ma publiczność literacką, nie ma u niego formy plastycznej. Przemawia świetnymi grepsami słownymi. Andrzej Krauze ma za sobą potężną historię, rysował w latach 70. w warszawskiej „Kulturze”, w czasie niesamowitego boomu graficznego, był plakacistą - a polska szkoła plakatu była jeszcze wtedy u szczytu - i na jego działania artystyczne miał wpływ Henryk Tomaszewski. Ale moim zdaniem Krauze nie bardzo się odnalazł współcześnie. Ma dosyć konserwatywną kreskę. Raczkowski jest o wiele bardziej ożywiony, świeży. Pozycja Andrzeja Mleczki jest z kolei historyczna. Dorobił się jej w innej sytuacji rynkowej. Wypromowała go ostatnia strona „Szpilek”, pisma satyrycznego, segmentowego, ale o wysokim nakładzie. Kreska odgrywała tam nadrzędną rolę, o wiele większą, aniżeli we współczesnej prasie popularnej czy branżowej.

 

„Szpilek” już nie ma prawie od dwudziestu lat, a rysunki Andrzeja Mleczki nie straciły na popularności. W jaki sposób rysownik trafia pod strzechy?

Jak się ma przebić do mediów, to nie wiem (śmiech). Chcę wierzyć, że o popularności decyduje jednak to, co wnosi w sensie plastycznym. Przykłady tych czterech rysowników dowodzą, że silne znaczenie ma też aspekt literacki. Puenta nie wynika z obrazka, tylko z treści dymka. To zapewne sprawa naszej kultury. Jesteśmy wychowani literacko, a nie plastycznie. Szkoły kładą nacisk na rozumienie literatury. O sztukach plastycznych, poza zajęciami plastycznymi, w ogóle się nie mówi. Co najwyżej gdzieś na okładce jest nieśmiertelny Matejko, którego także interpretuje się literacko.

 

Czy rzeczywiście? Żyjemy w świecie obrazkowym! Kolejne pokolenia myślą uproszczonym obrazkiem.

Rzeczywiście żyjemy w takich czasach. Ale złudnym jest myślenie, że to przerzuca koncentrację publiczności z tekstu na obrazek. Obrazek, powiedziałbym, jest inną formą tekstu. W zdjęciach, rysunkach, doszukujemy się kontekstów literackich. Łatwo teraz zrobić zdjęcie. Aparaty telefonicznie szybko potrafią fotografować sekwencje. Nie wystarcza nam jeden obrazek. Myślimy komiksowo. Gdybyś jednak spytał przeciętnego człowieka, co zobaczy na obrazku, opowie fabułę, ale nie dostrzeże koloru, faktury czy kompozycji.

 

Jako rysownik przemawiasz jednak obrazem, bez tekstu.

Takie zrobiłem założenie. Zawsze miałem naturalną skłonność do groteski, ale rysunki satyryczne, dowcipy, najpierw zacząłem rysować na konkursy w Belgii. Nie znam flamandzkiego, a chciałem przemówić do międzynarodowego jury. Łatwiej mi to było zrobić fabułą obrazkową, aniżeli dymkiem. W polskiej kulturze dymek daje przewagę, ułatwia przekaz.

 

Wkurzyła Cię ostatnio ilustracja z „Dużego Formatu”, czemu dałeś wyraz na Facebooku. Co takiego Cię zbulwersowało?

Ilustracje wkurzają mnie dosyć często. Ta z „Dużego Formatu” ukazała się 10 października. Okraszała przejmujący reportaż o zawodowych perypetiach jakiejś pani. Ale była tak koszmarna, że nie da się nawet opowiedzieć, co pokazywała (śmiech). Usiłowała naśladować konstruktywizm rosyjski, a może Chagalla. Najbardziej wkurzyła mnie jednak postawa redakcji. Że dokonała takiego wyboru i opublikowała bardzo niechlujny skan, bez żadnego opracowania. Ze współczesną ilustracją największy problem polega na tym, że nie niesie ona samodzielnych wartości. Ani plastycznych, ani literackich. Weksluje w stronę niezobowiązującego szlaczka, ozdobnika. Dotychczas było jednak tak, że ilustracja nie tylko odnosiła się do tekstu, ale w jakiś sposób go uzupełniała.

 

Niejednokrotnie była samodzielnym dziełem.

Dawała się odczytać w oderwaniu od artykułu. Teraz technika zaszła tak daleko, ze przy pomocy różnych programów, fotoshopów, łatwo można montować dowolnie wybrane elementy plastyczne i podpisać to swoim nazwiskiem. Ta tendencja najbardziej mnie wkurza. Jeśli jest to jeszcze smaczne plastycznie - choć równocześnie nudne i jałowe - to z Bogiem sprawa. Niestety na łamy prasy wdziera się coraz więcej tandety i niechlujstwa. Najpewniej decydują o tym koszty. Redakcje nie chcą płacić za jakość. A sztukę, jak wiadomo, uprawiać może każdy, z dowolnej pozycji. O jej publikacji decyduje jednak redaktor graficzny lub naczelny. Dominuje niechlujstwo kreski sprzężone z niechlujstwem myślowym redakcji. Proces ten przybiera czasami monstrualne formy.

 

 

 

 

 

 

 

 

 


 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl