Dokonuje Pan transakcji kartami bezdotykowymi?
Notorycznie. Myślę, że jakieś 90 proc. wszystkich moich płatności w sklepach to bezdotykowe transakcje kartą.
A jednak w lutym tego roku publikacjami o kradzieżach pieniędzy z kart płatniczych przerwał Pan błogi sen bankowców o końcu ery gotówki.
Tak, bo pojawiły się niepokojące sygnały od czytelników, że z kart zbliżeniowych, na skutek niewystarczających zabezpieczeń w niektórych bankach, znikają całkiem spore kwoty pieniędzy. Zainteresowałem się poziomem tych zabezpieczeń i zacząłem dociekać gdzie są luki. A potem wytoczyłem krucjatę bankom, które źle zabezpieczyły karty.
Wykrył pan źródło problemu?
Płacąc kartą tradycyjną, transakcję zawsze potwierdzamy PIN-em. Jeśli nikomu tego PIN-u nie udostępnimy, to nawet zgubienie karty nie powoduje żadnych konsekwencji. W przypadku karty zbliżeniowej jest inaczej, bo nie znając PIN-u można nią płacić rachunki do 50 zł po prostu zbliżając plastik do czytnika. Jeśli karta jest dobrze zabezpieczona, to złodziej wykona najwyżej kilka transakcji, a potem funkcja zbliżeniowa się wyłączy. Jeżeli karta jest źle zabezpieczona, to złodziejskich transakcji może być kilkadziesiąt, a straty pechowego klienta sięgną kilku tysięcy złotych. Tak dzieje się, gdy na czipie karty nie ustawiono dziennego limitu liczby transakcji.
Pana publikacje zasypały te dziury?
Zaczął się proces ich zasypywania. Główny Inspektor Ochrony Danych Osobowych ogłosił swoje postulaty w stosunku do bankowców w sprawie lepszego zabezpieczenia kart. Swój raport ogłosiła też Komisja Nadzoru Finansowego. Wreszcie – i to jest najważniejszy sygnał – Rada Systemu Płatniczego przy NBP wydała rekomendacje mówiące jak powinny się zachowywać banki, oferując klientom karty zbliżeniowe. Jeśli się do tego nie zastosują, te rekomendacje przybiorą postać formalnej regulacji. Mam wrażenie, że moje publikacje stały się kamieniem, który poruszył lawinę. Karty będą lepiej zabezpieczone, ale, jeśli ktoś sobie ich nie życzy, chce się czuć bezpieczniej i potwierdzać transakcję PIN-em, powinien mieć możliwość wyłączenia funkcji zbliżeniowej bądź otrzymania karty, która w ogóle nie pozwala płacić bez PIN-u.
Nadal zgłaszają się do Pana czytelnicy, którym wyczyszczono konta? A może banki już poprawiły limity transakcji?
W zdecydowanej większości banków tak się stało. W ciągu ostatnich 2-3 miesięcy nie miałem sygnałów, żeby za pomocą zagubionej lub skradzionej karty zbliżeniowej dokonano dużej liczby złodziejskich transakcji zbliżeniowych.
Ale jeśli zgubimy taką kartę, to te 100-150 zł wciąż możemy stracić, bo liczniki transakcji pozwolą złodziejowi na np. trzy transakcje bez PIN. A banki za autoryzację uznają już przyłożenie kart do czytnika. Nie rozróżniają złodzieja od właściciela.
Z jednej strony mam ekspertyzę organizacji płatniczej Mastercard, z której wynika, iż do odzyskania straconych pieniędzy wystarczy oświadczenie klienta, który straci kartę, że nie dokonywał nią płatności. Bank powinien przyjąć takie oświadczenie, bo nie jest w stanie udowodnić, że to nie właściciel karty użył jej. Niektóre banki uważają jednak, że samo zbliżenie karty do terminala jest już autoryzacją transakcji. I obciążają stratami klienta. Nie znam przypadku, by klient pozwał w tego typu sprawie bank do sądu, ale chciałbym, by doszło do takiego rozstrzygnięcia, w pewnym sensie precedensowego.
Pana publikacje na blogu „Subiektywnie o finansach” są radosne. Trudne zagadnienia opisuje Pan lekko, prostym językiem. Czy to jest tajemnica popularności bloga, który ma 160 tys. użytkowników miesięcznie i zanotował już 10 mln kliknięć?
Mam talent do tłumaczenia trudnych problemów w łatwy sposób. Na to nakłada się solidne wykształcenie ekonomiczne. Zawsze interesowałem się ekonomią, już jako licealista inwestowałem na giełdzie. Ponadto staram się rozmawiać z czytelnikami nie wymądrzając się, nie nauczając ich ex cathedra, ale przeciwnie - mówić przez pryzmat własnych doświadczeń, pokazywać, że także popełniłem wiele błędów zarządzając prywatnym budżetem. Blog jest forum, na którym dyskutujemy z czytelnikami o naszych portfelach. Ja pełnię rolę „spinacza”, ale to czytelnicy decydują o tym, że blog stał się opiniotwórczy.
Które problemy rozwiązane dzięki blogowi cieszą Pana najbardziej?
Ostatnio na pewno największym sukcesem blogu jest wywołanie fermentu w słusznej sprawie zabezpieczeń kart zbliżeniowych. Ale wcześniej udało mi się np. doprowadzić do tego, że jeden z banków zwrócił klientom pobrane prowizje po tym, jak zmienił warunki prowadzenia kont. Klienci uznali, że nie zostali o tym właściwie poinformowani, ale bank masowo odrzucał reklamacje. Po kilku wpisach, które wzmocniły ofensywę klientów na portalach społecznościowych, bank zmienił politykę, przeprosił klientów i zaczął zwracać prowizje. Inny bank z kolei zawiesił klientom ubezpieczenie na życie przypisane do kredytów hipotecznych. Po publikacjach przywrócił je, przyznając mi rację, że nie miał prawa odciąć ubezpieczenia, które obiecał bezpłatnie klientom. Takich przykładów jest wiele, ale nie jest to tylko moja zasługa, lecz czytelników, którzy obdarzyli mnie zaufaniem. Jest ich na tyle wielu, że instytucje finansowe nie mogą nas zlekceważyć.
Jak wygląda Pana warsztat dziennikarski? Zaczyna Pan dzień od lektury „Financial Times”? Śledzi notowania giełdowe?
Każdy dzień jest inny. Bywa, że zaczynam go od przeglądania prasy fachowej, czasami przez cały dzień odpowiadam czytelnikom, bo dostaję kilkadziesiąt sygnałów dziennie. Czasem chodzę na konferencje prasowe, spotykam się z prezesami banków. Moją jedną nogą jest praca dziennikarza etatowego „Gazety Wyborczej”, drugą – prowadzenie bloga, gdzie czuję się, jak trybun ludowy, który czasami chwyta za gardło lub kopie po kostkach. Ale w blogu staram się wyrażać opinie w sprawach sektora bankowego.
Dzwonią do Pana prezesi banków, żeby skonsultować się w sprawie wprowadzanych na rynek produktów?
Miewam propozycje, aby oceniać produkty bankowe, zanim pojawią się na rynku. Zgadzam się na nie, ale na zasadzie grzecznościowej przysługi. Nigdy jednak nie robię takich rzeczy za pieniądze.
