Amerykański dziennikarz Jeff Cutler uważa media społecznościowe za „fantastyczne narzędzie i wielką szansę” szybkiego dzielenia się ważnymi informacjami. Pan także?

Oczywiście, że podzielam ten punkt widzenia, to jest część mojego życia zawodowego. Lubię porównywać social media do narzędzi, na przykład do siekiery. Można nią zrobić wiele dobrego, na przykład narąbać drewna …

… ale można też zabić.

No właśnie, jeśli nie umie się nią posługiwać, można też zrobić krzywdę. Wszystko jest dla ludzi, ale może być wykorzystywane dobrze lub źle.

Media społecznościowe mogą poważnie zaszkodzić informacji?

Zdarzały się przypadki wyciekania do mediów społecznościowych informacji niesprawdzonych, nieprawdziwych. Jak choćby ta ze strony internetowej „Newsweeka” o dymisji Jacka Rostowskiego. Zamieniło się to w wieszanie psów i nabijanie się z „Newsweeka”.

Monica Guzman z dziennika „The Seattle Times” na konferencji w Minneapolis, zrelacjonowanej przez Onet.pl, zauważyła poważne zagrożenie: rozsiewanie nieprawdziwych plotek. Nam też to grozi?

Owszem, ale na polskim poletku są to wpadki bardziej humorystyczne aniżeli poważne.

Informację o dymisji ministra finansów nazywa Pan humorystyczną?

Bo w konsekwencji zamieniła się w rozrywkę, tak zwane darcie łacha z „Newsweeka”. Pamiętam też przypadek wykorzystania mema przez Wiadomości TVP. Na zdjęciu, które pokazano,  Barack Obama siedzi z joystiskiem Play Station, a Hillary Clinton trzyma w dłoni torebkę z popcornem. Internetowa przeróbka ilustrowała poważny materiał o zabiciu bin Ladena i wojnie z terroryzmem . To jest przykład, jak media społecznościowe takim dowcipem - nieopatrzonym żadnym wyjaśniającym komentarzem - wprowadzają w błąd.

Ale to są żarty. Jak jednak nazwać informację na Twitterze telewizyjnej stacji Fox Sports, która uśmierciła na zawał Messiego?

Margaret Thatcher tyle razy była uśmiercana w serwisach  społecznościowych, że kiedy umarła naprawdę, wszyscy tę wiadomość sprawdzali wielokrotnie i na różne sposoby. 

Inny przykład?

„Wprost” i „Kultura Liberalna” nabrały się na żart amerykańskiego portalu satyrycznego „Daily Currant”, który opublikował fałszywy wywiad z Sarah Palin, która wezwała Amerykanów do inwazji na Czechy w odwecie za zamach bombowy w Bostonie. Zabrzmiało to wiarygodnie, bo Palin miała już geograficzne wpadki i mogła pomylić Czechy z Czeczenią, ale wyszła też niewiedza polskich dziennikarzy.

Kto wobec tego ma wziąć na siebie odpowiedzialność za pomyłki w mediach społecznościowych?

No cóż, nie zmieniają się stare, dobre reguły dziennikarstwa: media powołujące się na serwisy społecznościowe muszą sprawdzać informacje co najmniej w dwóch-trzech źródłach, a w szczególnych przypadkach, materiałach śledczych, wielokrotnie. W naszych czasach kanałów informacji jest wiele, a ich wiarygodność jest bywa wątpliwa, tym bardziej dziennikarze powinni dochować należytej staranności, a niestety tego nie robią. Ale wynika to z pauperyzacji mediów, do których wchodzą ludzie źle przygotowani, mediaworkerzy zamiast dziennikarzy. Ale to szerszy temat.

Ważne jednak, kto na Twitterze czy Facebooku informuje. Inna wiarygodność ma minister Radosław Sikorski, który co rusz publikuje newsy, inna przypadkowy świadek katastrofy kolejowej.

Potwierdzone i zweryfikowane źródła są wiarygodne. Profil ministra Radosława Sikorskiego na Twitterze jest oznaczony „niebieskim ptaszkiem”, co potwierdza, że ma charakter oficjalny i jest wiarygodny. Taką wypowiedź można zacytować, jak z konferencji prasowej.

Ale jest też wiele profili fałszywych.

To prawda. Ostatnio w związku z atakiem na Kubę Wojewódzkiego na jego fikcyjnym profilu na Twitterze pojawiła się informacja, że oblano go coca-colą. Dał się na to nabrać portal Fronda.pl, opublikował też kąśliwy komentarz: jaki błazen, taki zamach. Krótko mówiąc potraktowali profil jako autentyczny, a informację jako wiarygodną.

Jak odróżnić profil prawdziwy od fałszywego?

Wspomniałem, jak oznaczony jest, weryfikowany profil ministra Sikorskiego. Jeśli jednak nie ma żadnego symbolu, nie jest to proste. Ale spróbuję to zanalizować na przykładzie. Jestem na Facebooku znajomym Borysa Szyca. Myślę, że nie jest to profil fałszywy, bo są tam autentyczne zdjęcia, a aktor komunikuje się w specyficzny dla siebie sposób. Wśród jego znajomych, którzy podejmują dyskusję, jest wiele osób publicznie znanych. Oni zwiększają wiarygodność profilu. Ale pamiętam, jak zaprosił mnie do kontaktów „Kuba Wojewódzki”, który miał jednego znajomego, na tablicy nic się nie działo. To był oczywisty dowcip. Trzeba więc analizować treści. Jeśli profil celebryty jest schowany, zwiększa się prawdopodobieństwo jego autentyczności.

Dlaczego newsy w Polsce częściej są ogłaszane na Twitterze, aniżeli na Facebooku? Ostatnio wspomniany minister spraw zagranicznych podał na Twiterze, że uprowadzony w Syrii fotoreporter Marcin Suder jest już w kraju.

Dobre pytanie. Trudno mi to wytłumaczyć, ale wydaje mi się, że publicyści uznali Twitter za medium poważniejsze, nieskalane rozrywką czy podkasanym stylem życia. Przez swoją architekturę i fakt, że nie jest masowo używany Twitter sprawia wrażenie elitarności.

Facebook jest traktowany jako tabloidalny?

Ma wizerunek bardziej rozrywkowego, lekkiego, rozedrganego, który wciąga do tysiąca dyskusji na mało istotne tematy. Nie trzeba na nim – jak to jest na Twitterze – zwracać się bezpośrednio do siebie. Technicznie są one jednak takie same. W Stanach Zjednoczonych serwisy te są na równi. Być może w Polsce niektórzy wybierają Twittera z powodu snobizmu?  Być może z powodu zniechęcenia Facebookiem? Nie bez znaczenia jest fakt, że dziennikarze i politycy żyją w ruchu, korzystają z serwisów społecznosciowych mobilnie. Zaś aplikacje obsługujące w smartfonach Facebooka kiepsko działają. Znam to z własnych doświadczeń. Natomiast z Twittera korzysta się w komórce z Internetem bez większych kłopotów. Podłoże predylekcji do Twittera może więc być czysto techniczne.

 

 

 

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl