Uciekł Pan z dziennikarstwa do literatury, aby się ukryć, zasłonić fikcją?

Zawsze chciałem być pisarzem, ale brakowało talentu, doświadczeń, znajomości warsztatu, więc - jakby przez przypadek - zostałem dziennikarzem. Nauczyłem się tego zawodu, wciągnąłem się, kiedy jednak stałem się dobrym dziennikarzem, przestałem być potrzebny. Byłem dla redakcji nieekonomiczny, bo uważałem, że nie można pisać tekstu z dnia na dzień, bez przygotowania, z góry stawiać tez i próbować je udowodnić. Nie było już dla mnie miejsca w zawodzie, więc zacząłem pisać książki dziennikarskie, w których reaguję na rzeczywistość.

To prawda, nie da się dziennikarstwa śledczego realizować na kolanie. Umiera, jest zbyt kosztowne. Ale Panu za jeden tekst wytoczono pięć procesów, żądano milionowych odszkodowań. Fikcja jest bezpieczniejsza?

Ma pan rację. Zdecydowanie tak. Znalazłem sposób, aby opisywać to samo bez ryzyka procesu. Co więcej: dla mnie nie jest najważniejsze, aby wykazać, że X lub Y są kryminalistami. Ważniejsze jest dla mnie opisanie mechanizmu przestępstwa.

Jak zrobili to reżyserzy „Długu” czy „Układu zamkniętego”?

Zgadza się. Oczywiście fabuły moich książek są oparte na faktach, ale wymieszanych. Bohaterowie są prawdziwi, ich historie także – i to jest bardzo bliskie dziennikarstwu – ale żongluję nimi.

Czyżby? Pana najnowsza książka „Formacja trójkąta” jest o prezesie giełdy skonfliktowanym z ministrem skarbu. Szuka on pieniędzy na film, w którym ma zagrać jego kochanka. Przecież to historia Ludwika Sobolewskiego i aktorki Anny Szarek.

To jest książka o prezesie giełdy, którego zamordowano. Ludwik Sobolewski ma z tym tyle wspólnego, że został zamordowany zawodowo i medialnie. Fizycznie żyje. Ale oczywiście te postaci mają cechy wspólne. Jest wątek konfliktu z ministrem skarbu i rządem, wykorzystanie służb specjalnych. Posłużyłem się częścią historii byłego prezesa GPW w Warszawie, ale nie przełożyłem jej na łamy książki bezpośrednio. To nie jest reportaż, tylko powieść. Pokazałem problem alegorycznie, nie wprost. W przeciwieństwie do dziennikarzy nie rozstrzygam, kto jest winny, nie wyręczam sądów. Dziennikarstwo z tym tematem sobie nie poradziło.

A literatura sobie radzi?

Radzi, bo pokazuje zależności, daje do myślenia, że nie wszystko jest takie proste, jak napisały gazety. Że przy ocenie prezesa warto wziąć pod uwagę także inne okoliczności. Staram się opisać te dylematy. W dziennikarstwie nie da się tego udowodnić.

Nie wystarczyło napisać reportaż?

No właśnie nie. Nie byłby prawdziwy. Zbyt wiele jest w tych historiach wątków nie do udowodnienia, odważnych i daleko idących.

Powiada Pan: „Moje książki to głośny krzyk protestu”. Przeciwko czemu?

Przede wszystkim przeciwko obecnemu poziomowi dziennikarstwa. Ale i przeciwko temu, co dzieje się w polityce i w finansach państwa. Innym wątkiem „Formacji trójkąta” jest głośna ostatnio w mediach Infoafera. CBA dokonała zatrzymań, ale od dwóch lat nikomu niczego nie udowodniono, nie ma procesów sądowych, a główny podejrzany jest świadkiem koronnym. Wsypuje innych i próbuje się wybielić. Jeszcze żadne medium nie pokazało, gdzie tak naprawdę leży geneza tej afery.

Ma racje były szef CBA, Mariusz Kamiński, mówiąc, że Infoafera sięga najwyższych szczebli władzy w Polsce?

Ma i nie ma. Rzeczywiście korzenie tej afery sięgają bardzo głęboko do świata władzy i polityki. System zamówień publicznych jest po prostu korupcjogenny, niewydolny i ktoś powinien ponieść odpowiedzialność polityczną. Mariusz Kamiński ma rację, że afera sięga bardzo głęboko do struktur państwa, pokazuje degrengoladę. Nie sądzę jednak, aby były dowody, że konkretni politycy brali łapówki. Jedno jest pewne: nie zbudowali systemu, który dawałby równe szanse konkurującym podmiotom i był korzystny dla państwa. To system wydawania pieniędzy, a nie zaspokajania potrzeb.

Odpowiedzialna jest za to Platforma Obywatelska?

Moim zdaniem odpowiedzialność ponoszą różne formacje: od SLD przez PiS po PO. Ale afera wybuchła teraz, więc największe odium spada na Platformę Obywatelską.

Jest związek między wydaniem Pana książki a masowymi zatrzymaniami urzędników przez CBA?

Nie sądzę, aby agenci CBA przeczytali „Formację trójkąta” i doszli do wniosku, że trzeba zatrzymać podejrzanych. Moja książka ukazała się na początku października i nie wywołała specjalnych dyskusji, choć opisywała wiele afer.

Jeszcze dziesięć lat temu wielkie teksty śledcze doprowadzały do dymisji polityków, utrącały kariery. Czy teraz równie skuteczne są książki?

W tym pytaniu jest pułapka, bo wiele tekstów dziennikarzy śledczych było dyskusyjnych. Nie zawsze ich autorzy mieli rację. W moim odczuciu dziennikarze często byli – i nadal są – wykorzystywani przez polityków i służby specjalne. Te źródła nieraz manipulują informacją, aby realizować własne cele. Dziennikarz, pomijając czas i jego umiejętności – rzadko ma możliwość zweryfikowania tych informacji. Gdybym „Formację trójkąta” napisał inaczej, też mógłbym rozliczyć wysokich polityków i urzędników. Ale stawiam sobie inne cele: pokazanie skomplikowanych mechanizmów, pułapek, jakie zakładane są w dziennikarstwie, polityce, w służbach specjalnych.

Dziennikarze nadal bazują na kwitach podrzucanych im przez lobbystów i służby specjalne?

Przez lata wypracowali swoje źródła informacji, ale za bardzo im ufają. Uznają, że dostają newsy w celu naświetlenia sprawy, a nie realizacji celów. Wielu dziennikarzy korzysta z nich bez refleksji.

Jest Pan jedynym dziennikarzem, o którym Biuro Bezpieczeństwa Narodowego sporządziło raport?

Nie wiem, ale na pewno jednym z nielicznych.

Czytał Pan?

Tak, wnioski są porażające w ocenie działania państwa, ABW, systemu nadzoru finansowego. Raport, sporządzony za czasów prezydenta Lecha Kaczyńskiego, nie został opublikowany. Leży gdzieś na półce.

Jest tam również o tym, że szantażowano Pana, próbowano zastraszyć?

Nie pamiętam.

A o tym, jak próbowano przekupić?

Łapówkę zaproponował mi jeden z wielu moich informatorów, biznesmen, który podobno jest byłym oficerem WSI. Miałem poważny dylemat, czy nadal traktować go jako informatora, czy już jako przestępcę.

Co Panu zaproponował?

Założenie przez jeden z największych banków na świecie funduszu w Szwajcarii, z którego mógłbym finansować wszystkie inwestycje: od budowy domu, przez wycieczki zagraniczne po bilety samolotowe. Zapewniał, że sfinansują wszystko, co pozwoli mi wygodnie żyć.

Co chcieli kupić? Milczenie?

Chcieli, abym zostawił w spokoju wiceprezesa banku.

Co Pan poczuł?

Przestraszyłem się. Byłem zaskoczony. Powiedziałem, że mnie to nie interesuje. I dopiero, jak dojechałem do redakcji i opowiedziałem o tym mojemu naczelnemu zrozumiałem, że spartoliłem rewelacyjny temat.

Na Pulitzera.

Zdecydowanie, bo gdybym udowodnił, że jeden z największych banków na świecie korumpuje dziennikarzy, zatrzęsłoby to europejską opinią publiczną. Usłyszałem, że taki fundusz mają już dziennikarze w Europie, ale z Polski byłbym pierwszy.

Dlaczego Pan tego nie opisał? Nie zastosował jednak prowokacji dziennikarskiej?

Człowiek, który mi to zaproponował, był zbyt inteligentny, aby uwierzyć, że jednak się na to zdecydowałem. Zorientowałby się, że coś jest nie tak i mogło się skończyć w ten sposób, że gazety opisałyby mnie, jak dałem się skorumpować.

Bał się Pan o swoje życie?

Było to niebezpieczne, ale o życie się nie bałem. Nigdy nie spotkałem się z bezpośrednim zagrożeniem, przekonaniem, że ktoś mnie rozwali. Raz, jeden z aferzystów bawił się przy mnie bronią, ale było to raczej zabawne. Nie oceniałem tego, jako przystawienie pistoletu do skroni.

Ale włamywano się Panu do samochodu i nic nie ginęło.

Trzykrotnie i włączano tylko światła, co rozładowywało mi akumulator. Dziwne, ale nikt nie umiał mi powiedzieć, co to miało znaczyć.

Może ostrzeżenie, jak obcięta głowa konia?

Nie wiem, jakie to miało symboliczne znaczenie.

Jak Pan myśli: duża jest skala skorumpowania polskich dziennikarzy?

Trudno mi na to pytanie odpowiedzieć, bo trzeba by konkretnego dziennikarza złapać. Ale znane są propozycje napisania książek lub pośredniczenia w usługach. Na pewno formą zyskania sympatii, nawet korumpowania, są prezenty. Jak pracowałem w redakcji, cała recepcja była zawalona paczkami przed świętami. Oddawaliśmy nieraz cenne przedmioty domom dziecka, ale co zrobić z butelkami wina? Wielu przymykało na to oko. To były drobiazgi, ale już propozycje wyjazdów na zagraniczne konferencje – dyskusyjne. Raz skorzystałem z takiego wyjazdu, aby pozyskać informatorów z różnych branż. Aby nas nie posądzono o korupcję, redakcja zapłaciła. Teraz firmy oszczędzają i zdają sobie sprawę z malejących wpływów mediów. Lepiej skorumpować blogera, bo ma większy wpływ na sprzedaż produktów, aniżeli dziennikarz.

Powiedział Pan w wywiadzie dla Onetu, że „media sprzedają nie tylko powierzchnię reklamową, ale też własną uczciwość”. Co Pan miał na myśli? Artykuły sponsorowane?

Media zaczęły poszukiwać pieniędzy za wszelką cenę i skomercjalizowały się, jak firmy doradcze czy usługowe. Nadal mają silne narzędzia, są w stanie napisać teksty niesponsorowane, w których jednak nie padną trudne pytania wobec osoby prowadzonej przez PR-owca.

Dotyczy to także najbardziej opiniotwórczych tytułów?

Wszystkich bez wyjątku.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl