Jaka jest cena marzeń Syryjczyków, panie Wojtku?

Życie. Własnym życiem płacą, aby spełnić swoje marzenie o wolności.

Mają czas o tym myśleć? Podczas walki, kiedy atakujesz albo się bronisz – mówi jeden z powstańców – nie masz czasu na marzenia. „Jedyne marzenie to walczyć i wygrać z wrogiem”.

To nie tylko żołnierze, ale także ich synowie, żony. Wszyscy oni pragną wolności i nie mają wyjścia, muszą walczyć.  Zdają sobie sprawę, że wielu z nich może nie dożyć wolności. Żyli pod strasznym terrorem, morderczym reżimem. Bashar Assad spawuje władzę w sposób brutalny, bezwzględny. Kiedy opowiadałem powstańcom syryjskim historię Polski, mówili, że do ich życia można porównać tylko stalinizm sprzed drugiej wojny światowej.

Snajperzy reżimu nie rozróżniają między dzieckiem, kobietą, starcem, powstańcem a dziennikarzem. Czuł się Pan jak korespondent wojenny na froncie? Świstały kule wokół głowy?

Snajperzy doskonale rozróżniają, kogo mają na celowniku. Tym bardziej strzelają do ludzi z aparatem fotograficznym czy kamerą. Pojawienie się z nimi na ulicach Aleppo zwiastuje pewną śmierć. Starałem się kamerę chować, aby mnie nie dostrzegli. Najwyraźniej nie zostałem dostrzeżony przez snajpera, bo dzisiaj nie rozmawialibyśmy. Snajper potrafi zabić człowieka nawet z odległości dwóch kilometrów.

Budził się Pan w nocy w malignie?

Nie. Latały nad nami rakiety, spadały w pobliżu bomby, słyszałem w nocy serie strzałów, widziałem ogień, ale psychicznie trzymałem się twardo. Postanowiłem być konsekwentny. Skoro podjąłem decyzję, że jadę opowiadać o wojnie, to muszę jej sprostać. Jak 2 mln Syryjczyków w Aleppo.

Nie było lęku? W Aleppo codziennie bombardowane są domy mieszkalne i osiedla. Śmierć, jak komentuje narrator, przychodzi nie zapowiedziana. Nocą i dniem spadają pociski. Spadają bezszelestnie. Nie dają szans na ucieczkę. Miał Pan poczucie zatrważającego strachu?

Miałem i lęk, i strach. Lęk miałem w sobie cały czas. Strach pojawiał się przed konkretnym zagrożeniem. Śmierć rzeczywiście przychodzi nie zapowiedziana, więc nie miałem czasu się bać. Czterokrotnie groziła mi śmierć. Najpierw przeleciał mi nad głową odłamek, po chwili usłyszałem wybuch. Odwróciłem się i zobaczyłem słup dymu. Powiedziałem sobie: nie bałem się, bo nie zdążyłem.

Można się do lęku przyzwyczaić?

Nie. Obawiałem się tylko jednego, że moja psychika zareaguje zwierzęcym strachem. Jeżeli się boję, to bardzo dobrze, bo jeszcze odczuwam. Lęk jest dobrym sygnałem ostrzegawczym mózgu. Wskazuje zagrożenie. Bomby trzykrotnie spadały tuż obok. Snajper do mnie strzelał. Byliśmy w strefie porwań. Ale w takich sytuacjach nie wolno się bać, bo mózg pracuje, szuka wyjścia z sytuacji. Dopuszczenie do siebie zbyt wielkiego lęku i strachu zapowiada pewną śmierć, paraliż lub nieprzewidywalne zachowanie. Cieszę się, że nie dopadł mnie nigdy zwierzęcy strach. A dopada on każdego, niezależnie czy jest żołnierzem czy dziennikarzem. Poza tym cały czas wmawiałem sobie, że nie jestem korespondentem wojennym. Jestem reżyserem, dziennikarzem, opowiadam o ludziach. Nie chciałbym, aby zobaczyli oni w moich oczach strach. Z Michałem Przedlackim spieraliśmy się o noszenie kamizelek kuloodpornych i hełmów. Nie chciałem ich nosić. Nie mógłbym rozmawiać z ludźmi o ich lęku, samemu chroniąc się w kamizelce kuloodpornej. Musiałem być tak samo nagi, jak i oni.

Niektóre obrazy są wstrząsające: plamy krwi wsiąkającej w ziemię, porzucone w pośpiechu przez uciekających pojedyncze buty. Ludzkie szczątki. Fragmenty ciał. „To jego oczy? – pyta żona, wskazując oczy bez twarzy. – Mohamed, czy to Ty?”. Nie miał Pan bóli somatycznych, odruchów wymiotnych?

Moi koledzy z centrum prasowego nie wytrzymywali. Jeden odszedł na bok, dopadły go torsje. Inny dziennikarz - co filmowałem - niósł dziecko z urwaną, przeciętą na pół głową. Trzy godziny później wylądował w szpitalu z załamaniem nerwowym. Kiedy filmowałem zabitą, półtoraroczną dziewczynkę, zawalił się mój świat. Czułem, że lecę w dół, jakby w studnię bez dna. Starałem się o tym nie myśleć, ale myślałem, aby stamtąd jak najszybciej wyjechać. Jeden głos wewnętrzny powiedział mi: „Nie dam rady tego sfilmować”. Drugi: „Co to znaczy, że nie mogę?. Przyjechałem, aby opowiadać, czego doznają ci ludzie”. Załamanie psychiczne było bardzo blisko, ale zebrałem się w sobie.

Po powrocie nie miał Pan terapii?

Miałem zawał serca. Lekarze twierdzą, że było to nieuchronne. Byłem w fatalnej kondycji psychicznej, ale mam nadzieję, że nie doznałem objawów zespołu stresu pourazowego. Rozmawiałem o tym z psychologiem, moim przyjacielem.

Zawał był rezultatem utrzymującego się napięcia, które puściło?

Prawdopodobnie tak. Chociaż kardiolodzy mówią, że wcześniej czy później to by się i tak stało. Leczę się na serce. Po pierwszym zawale byłem jeszcze przed wyjazdem do Syrii. Pale papierosy, nie dbam o siebie. Wie pan, jak to jest w naszym zawodzie.

Nie uważa Pan jednak, że „Cena marzeń Syryjczyków” jest filmem jednostronnym? Że obrazuje tylko ofiary?

Ależ absolutnie tak! Mój znajomy przestrzegał mnie: „Wojtku, uważaj, nie zaangażuj się. Nie bądź stronniczy”. Odpowiedziałem mu, że nie mogę się nie angażować, bo jako człowiek mam zestaw wartości. Widziałem cywili zabijanych bombami, rakietami, przez snajperów, a potem ratowanych w szpitalu przez dr. Ammara Zakaria. Gdzie tu jest miejsce na obiektywizm? Po drugie: gdybym z dziennikarskiego obowiązku poznania drugiego punktu widzenia pojawił się po drugiej stronie, czekałaby mnie niechybnie śmierć.

Właśnie. Nie korciło Pana, aby przejść z kamera na stronę tych, którzy – jak mówi powstaniec Abu Ahmed - zakładają się o szklankę wody albo papierosa: zastrzelić tę kobietę czy nie?

To nie byłoby ciekawe. Zanim tam pojechałem, przygotowywałem się i zastanawiałem też, co myśli snajper. Dla nas dziennikarzy, filmowców, jest to ciekawe. Chciałoby się poznać punkt widzenia snajpera. Kiedy jednak zobaczyłem ich pierwsze cywilne ofiary powiedziałem sobie: nie chcę z nimi rozmawiać. Nie interesują mnie poglądy morderców. Więcej i  brutalniej nie powiem, bo musiałbym to wykreślić podczas autoryzacji.

 Aby jednak ta rozmowa nie była zbyt miękka dodam, że dwie godziny temu Michał Przedlacki, współautor filmu, był w Warszawie na konferencji w sprawie Syrii, tak zwanym okrągłym stle. Dzwonił do mnie trzykrotnie oburzony, bo 99 proc. wypowiedzi zaproszonych popierało ludzi reżimu Assada. Unia Europejska próbuje wybielać obraz dyktatora rękami polskich obywateli. To jest nie do przyjęcia.

Lekarz Ammar Zakaria, który wcześniej pracował dla reżimu mówi: „Trzeba kochać swego brata i jego człowieczeństwo bez względu na to, jaką religię wyznaje”. Czy rzeczywiście Syryjczycy przechodzą na stronę powstańców z tych samych motywów, co on? Przyciąga ich człowieczeństwo?

Absolutnie tak! Przez dwa miesiące pobytu w Aleppo wnikliwie wsłuchiwałem się w nich i zastanawiałem, dlaczego porzucają reżim.

Zakaria nie jest wyjątkiem. Jest wspaniałym człowiekiem. Ale tak myślą też inni Syryjczycy. Są wierzący, wierni islamowi, ale równocześnie otwarci, kochający życie, niezwykle serdeczni. Takich spotkałem. Rozmawiałem z człowiekiem z organizacji uznawanej za terrorystyczną. Piliśmy kawę, jedli ciastka. Tłumaczył: „Wojtku, nie będziemy obcinał głów Polakom ani Amerykanom, komukolwiek, ponieważ nasz prorok nas tego nie nauczył. Chcemy państwa muzułmańskiego, ale w naszym kraju jest miejsce dla wszystkich”.

To jak pan tłumaczy zdjęcie, które obiegło świat: pięknej, zgwałconej kobiecie przed śmiercią wbito drewniany krzyż w usta.

Precyzyjnie śledzę wiadomości z Syrii, trzymam stronę powstańców. Na temat tego zdjęcia nic nie wiem. Ale informacja, która obiegła świat, o zabiciu przez radykalnych islamistów księdza katolickiego okazała się fałszywa. BBC przeprowadziło na ten temat dziennikarskie dochodzenie. Propaganda Bashara Assada o wojnie w Syrii - wspierana przez Moskwę - odniosła światowy sukces informacyjny. Assad zaczął używać słowa „terroryści” zanim Syryjczycy sięgnęli po karabiny. Już podczas pokojowych demonstracji, kiedy prosili go, aby ustąpił i dał zreformować kraj. Na bezbronnych ludzi, idących z gołymi rękami, wysłał czołgi, snajperów i karabiny maszynowe. Nazywał ich terrorystami. Zachód podchwycił to słowo i stworzył sobie z niego zasłonę dymną dla swojej bezczynności i ochrony reżimu.

Będzie Pan jeździć na kolejne wojny jako korespondent wojenny?

Będę się specjalizował w walce o prawa człowieka, gdziekolwiek będą one naruszane.

Gdzie Pan postawi kolejny ślad?

Jest wiele takich miejsc, bo ziemia tętni od wojen. Na Zachodzie, w Polsce, w Europie, żyjemy jak w kokonie. Jeśli przestajemy słuchać wiadomości ze świata, to odsuwamy ze swojej świadomości, że gdzieś toczy się wojna i giną ludzie. Każdym filmem, reportażem, będę o tym przypominać. Powiem patetycznie: chciałbym każdym materiałem mieć swój mały wkład w pomniejszenie tego zła.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl