Za co Pana wyrzucono z pracy?
Za jeden artykuł. Zgłosili się do mnie rodzice, a potem sam chłopak oskarżony przez policję o sprzedaż narkotyków. Stwierdził, że został pobity przez policjanta, który wcześniej założył specjalną rękawicę bez palców. Uważam, ze to jest bezpośrednia przyczyna odwołania.
Dochował Pan zasad warsztatu dziennikarskiego?
Zawsze można napisać lepszy artykuł, dokładniej zebrać materiał. Ale wysłuchałem jego rodziny, jego samego, zadzwoniłem na policję. Jej szef nie chciał mówić o szczegółach, zasłaniał się tajemnicą śledztwa. Potem nie miał czasu, odesłał mnie do zastępcy, który także nie chciał mówić. Pedagog szkolny również nie.
Sprawę bada prokuratura i policja. Tymczasem burmistrz Nidzicy pokazał Panu miejsce w szeregu. Powiedział na sesji: „Nie jest pan dziennikarzem śledczym, tylko redaktorem naczelnym organu Rady Miejskiej, gazety służącej promocji i informacji”, a radni odwołali Pana ze stanowiska. To znaczy, że w gazecie samorządowej nie można pisać o sprawach społecznych?
Burmistrz się myli twierdząc, że redaktor gazety samorządowej nie może być dziennikarzem śledczym. Kilka miesięcy temu zorganizowano referendum o jego odwołanie. Na czele stanął nikomu nieznany człowiek. Podawał, że ma wiedzę prawniczą. Burmistrz słusznie zarzucił mediom, że go nie sprawdzają. Zacząłem realizować dziennikarstwo śledcze. Opisałem go. Wtedy burmistrzowi nie przeszkadzało jakoś moje dziennikarstwo. Uważam, że każde dobre, odpowiedzialne, dziennikarstwo musi mieć elementy śledztwa.
Radni zarzucali Panu pogoń za sensacją, zwłaszcza w ilustrowaniu okładek, opakowania gazety.
To wydumany problem. Znam dwie gazety z optymistycznymi okładkami, z różnych epok: „Playboy” i „Trybunę Ludu”. Dziennikarz ma obowiązek poruszać najbardziej ważkie społeczne problemy. Podam przykład. Zginęli w Nidzicy policjanci, którzy wracali autem z Komendy Wojewódzkiej i pasażerowie tego samochodu. Miałem dać wówczas na okładkę obrazek ze szkolnej akademii? Okładki powinny sygnalizować najważniejsze wydarzenia. Gdyby radni i burmistrz otwierali hale czy baseny, mogę o tym informować przez 52 tygodnie w roku, ale to zależy od aktywności władz. Nic na siłę. Nie mogę dawać optymistycznych okładek przy siermiężnej, małomiasteczkowej rzeczywistości, bo czytelnicy wyczują dysonans.
Nie chciał Pan robić propagandy na miarę „Trybuny Ludu”? Dominik Księski, prezes Stowarzyszenia Gazet Lokalnych uważa, że gazeta samorządowa stanowi pas transmisyjny interesów władzy. Pełni funkcje propagandowe i stanowi część składową marketingu politycznego władzy skierowanego w stronę wyborców za ich pieniądze.
Chciałem uprawiać promocję, ale nie na siłę. To jest szkodliwe dla samorządu. Co innego, gdyby radni z burmistrzem tworzyli pozytywne fakty, chętnie bym je opisywał. Każdy fałsz ludzie wyczują. Po odwołaniu mnie ukazało się kilka okładek, które – mam takie sygnały od mieszkańców – odbierane są jako śmieszne, na przykład o Św. Mikołaju.
Czy „Głos Nidzicki” można porównać do tuby propagandowej władzy?
Za mojej kadencji nie. Pan mówi o gazetach samorządowych. Tymczasem są w miasteczkach media prywatne, pozornie niezależne, które dają się urzędnikom łatwo przekupić reklamami.
To prawda, bywają i takie. Jak dużą miał Pan swobodę wolności słowa?
Drobne teksty promocyjne były. Ale przychodziły też listy do redakcji, burmistrz na nie odpowiadał. Psuć zaczęło się, kiedy w styczniu burmistrz zatrudnił człowieka odpowiedzialnego za kontakt z mediami, któremu miałem dawać teksty do czytania.
Zatrudnili cenzora?
Mówili, żebym mu dawał teksty do czytania, ale tego nie robiłem. To by było uwłaczające. Nie był zresztą moim przełożonym, on również nie kwapił się do tej roboty.
Urzędnicy nie ingerowali?
Były próby, jednak dosyć śmieszne. Kilka lat temu policja zatrzymała Dariusza Michalczewskiego za przekroczenie prędkości. Policjanci prosili, żebym o tym nie pisał. Powiedziałem, że napiszę, bo w czym on lepszy od innych szarych kierowców? Godzinę przed zamknięciem gazety do druku zadzwoniła moja dyrektor, żebym nie drukował. Pretensjonalne zagranie. Następnego dnia informacja o tym ukazała się w innej gazecie. Innym razem rodzic zapytał w liście dlaczego nie ma lodowiska przy szkole. Też proszono mnie o zdjęcie materiału. Wbrew pozorom nie miałem większych ingerencji.
Jeden radny zarzucał Panu, że chodzi Pan w sandałach.
(śmiech) To prawda. Ale przecież jestem dziennikarzem, a nie dyrektorem zakładu pogrzebowego. Innym razem radny czepiał się, że na jakiejś imprezie pierwszy podszedłem do stołu z cateringiem. Miałem czekać aż radny da znak ręką? Małostkowe, złośliwe zarzuty, które pokazuję poziom i wiedzę radnych. Powinni myśleć, jak rozwijać naszą gminę i kontrolować poczynania burmistrza, a nie zajmować się takimi głupstwami. Zwolniło mnie małomiasteczkowe piekło, ale nie uważam tego za koniec mojej walki.
W Sądzie Pracy domaga się Pan odszkodowania, a nie przywrócenia do pracy.
Nie chcę wrócić, bo nie miałbym tam życia. Zajeździliby mnie na śmierć, znaleźli błahy powód do zwolnienia. Poza tym straciłem szacunek dla swoich przełożonych. Wolę więc podjąć inne działania. Jeśli władza będzie miała coś za uszami, znajdę niezależne medium i to opiszę. Jako dziennikarz i jako człowiek przechodzę do opozycji.
