Jeno miał 4 lata, kiedy opiekunka domu dziecka, siostra Margit, uderzyła go w twarz. Mocno. Upadając nadział się na wystający z łóżka metal i rozciął sobie brzuch. Stracił przytomność.

To było jego pierwsze wspomnienie w życiu. Przemoc w sierocińcach była elementem dnia codziennego. Ludzie, z którymi rozmawiałem mówili, że dostawało się w pysk na dzień dobry. Z otwartej piąchy. Tak po prostu. Aby sobie za dużo nie myśleli.

Volek dostawał w twarz, gdy w nocy zsikał się do łóżka, zwymiotował na wycieraczce lub w stołówce zbił talerz.

W Austrii do lat 80. XX wieku była to typowa forma wychowywania dzieci. W zamkniętych ośrodkach, takich jak sierocińce, w ten sposób podporządkowywano sobie ludzi.  Wychowawcy byli panami życia i śmierci.

Wychowawcami byli naziści, byli członkowie Hitlerjugend, a nawet esesmani.

Było jeszcze gorzej, bo domy dziecka, przypominające obozy koncentracyjne, zakładano już w Trzeciej Rzeszy. Trafiały tam dzieci odbierane więźniom, sieroty. W specjalnych ośrodkach chore dzieci poddawano eutanazji. To było preludium do Holocaustu. Wtedy ukształtowały się metody wychowania polegające na łamaniu charakterów, gnojeniu, aby zmusić do pełnego posłuszeństwa. Do tego dochodziły inne patologie: molestowanie i gwałt ze strony starszych kolegów i opiekunów. Austria była współodpowiedzialna za to, co wyprawiała III Rzesza, zarówno jeśli chodzi o Holocaust, jak i zbrodnie na dzieciach. Z tego do końca się nie rozliczyła.

W latach 1950-90 podobny los spotkał 100 tys. dzieci, ale tylko Jeno zaczął się domagać od landu Górna Austria odszkodowania: 1 mln 621 tys. 950 euro 65 centów. Napisał pan reportaż historyczny z innego kręgu kulturowego. Nie ograniczył pan sobie zbytnio kręgu czytelników?

Nigdy nie myślę o takich granicach. Jestem dziennikarzem działu zagranicznego „Gazety Wyborczej”, byłem jej korespondentem w Berlinie, zajmuję się krajami niemieckojęzycznymi. Śledzę, co tam się dzieje. Dużo piszę też o przeszłości Niemiec w "Ale Historii", magazynie historycznym "Wyborczej".

Całkiem niedawno, w marcu 2010 roku, bohaterowie pana reportażu Stangl i Molnar wstrząsnęli austriacką opinią publiczną. Odczytali politykom i dziennikarzom swoje wspomnienia w parlamencie. Rozpętała się burza.

Po raz pierwszy zaczęli głośno opowiadać o piekle, jakie przeżyły dzieci. Wcześniej Austria milczała. Wrzód, który rósł przez lata, musiał pęknąć.

Miał pan bohaterów wyłożonych na tacy?

W 2011 wyłowiłem ich z austriackich gazet. Najpierw napisałem o Jeno Molnarze i postanowiłem do niego pojechać, pogadać. Poleciałem do Trewiru, na drugi kraniec Niemiec, a potem do Stangla i innych, do Wiednia.

Rozmawiali już wcześniej z dziennikarzami. Łatwiej było ich namówić na wspomnienia? Co pan, słuchając tych opowieści, czuł?

Miałem moment, że wymiękłem i głos zaczął mi się łamać.

Co najbardziej wzruszało?

Ich beznadzieja. Można zamknąć dzieci i zabrać im człowieczeństwo. Upodlić je, przeżuć, wypluć i jeszcze wmawiać, że jest to dla ich dobra. Jestem od dwóch lat ojcem i chcę swym dzieciom uchylić nieba. A tam brunatne bydlęta je katowali.

Jeno Molnar ma 67 lat. Psychiatrzy stwierdzili, ze ukrył się w czarnej skrzynce, w zakamarkach umysłu. Jego organizm bronił się przed wspomnieniami.

Tak reaguje, wypierając z pamięci. Zbrodniarze nazistowscy sądzeni po latach też zwykle niczego nie pamiętali.

Publikuje pan często o Hitlerze, o Holokauście. Jak pisać ciekawie o historii, której poświęcono tysiące książek?

Moja recepta jest taka, aby nie pisać, jak historyk, tylko jak dziennikarz, opisywać historie ludzkie. Jakby się wybierało w podróż reporterską w czasie. Źródeł jest multum, ale to nie znaczy, że wszystko zostało napisane. Zawsze, nawet w opisie bitwy stalingradzkiej, można znaleźć nowy punkt zaczepienia, nie poruszany aspekt.

Jak w powieści Jonathana Littella „Łaskawe”?

No tak, ale to nie jest opowieść dziennikarska, tylko fikcja literacka. Ale w tym kierunku trzeba podążać. I nie wcielać się przy tym w rolę prokuratora, jak to czasami czynią polscy dziennikarze pisząc o Niemczech. To jest nadużycie.


 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl