Z prof. Teresą Sasińską-Klas o dylematach Grzegorza Hajdarowicza, przyszłości „wSieci” i „Uważam Rze” rozmawia Błażej Torański.
Prof. dr hab. Teresa Sasińska-Klas jest specjalistą z zakresu socjologii stosunków politycznych, teorii komunikowania masowego, a szczególnie relacji: media a polityka w procesie transformacji systemowej w Europie Środkowo-Wschodniej. Prowadzi badania naukowe z zakresu zastosowania nowych mediów w procesie komunikacji publicznej. Pracuje w Instytucie Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Jest wiceprezydentem Międzynarodowego Towarzystwa Nauk Politycznych.
Czy Grzegorz Hajdarowicz, jako były student, radzi się czasami Pani Profesor?
Rozmawialiśmy ostatnio, zwłaszcza o „Rzeczpospolitej”, jak powinna się w przyszłości określić, czy jej profil nie powinien ulec zmianie.
I co Pani podpowiadała?
Moim zdaniem tytuł powinien uzyskać większą wyrazistość w analizie problemów, a nie polityczne zabarwienie, ujawnianie prywatnych preferencji, co nadal jest obecne i niekorzystne.
Powrót do solidnego, ekonomicznego, prawnego i poradnikowego dziennikarstwa?
Dokładnie tak. Żółte i zielone strony „Rzeczpospolitej”, wyróżniające ją na tle innych tytułów, rozpoznawane i cytowane, były jej najwyższą wartością. Osoby, które sterują gazetą, powinny to uznawać.
A jak właściciel Presspubliki powinien zareagować na narodziny dwutygodnika „wSieci”, konkurencji dla „Uważam Rze”, finansowanej przez SKOK-i, w której jest wielu autorów tygodnika?
To jest pomysł przewrotny, zaskakujący, ukazujący proces rywalizacji, a nie myślenia, aby na polskim rynku medialnym działać rzetelnie i wiarygodnie. Dominuje chęć rozgrywania swoich emocji, frustracji, ambicji. Na pewno jest to proces rozpadu na drobniejsze podmioty, rodzaj testu.
Przeciwnicy projektu twierdzą, że nowy tytuł będzie kontynuował „medialna grę w zabijanego”. Pani podziela ten Punt widzenia?
Nie można wykluczyć takiego wariantu, zwłaszcza, że dziennikarze zapowiadają przedruki wypowiedzi i tekstów, które się już w Internecie na ten temat ujawniły.
W pierwszym numerze Marta Kaczyńska mówi wprost: „pasażerów Tupolewa po prostu zabito”.
Może pozostać ze swoim poglądem. Każdy może mieć swój pogląd w tej kwestii. Pytanie: czy fakty potwierdzają te poglądy. Ale fakty nie koniecznie muszą być brane pod uwagę. Mogą być brane pod uwagę opinie, bez faktów i to może być cechą charakterystyczną tego dwutygodnika.
Od faktów żądnemu tytułowi nie sposób abstrahować. Ale czy ma szansę na sukces sam szalony pomysł, aby na papier przekładać treści z Internetu?
Trendy są dokładnie odwrotne. Wygląda więc to, jak jazda rowerem z głową odwróconą do tyłu. Ale nie oznacza też, że przyniesie tylko negatywne skutki. Nie ma pewności, co do ostatecznej śmierci mediów papierowych. One są w stanie schodzenia, ale proces ten może być całkiem długi i inicjatywy takie, jak „wSieci”, mogą być próbą ożywiania rynku, podtrzymania pozycji prasy drukowanej. Z tego punktu widzenia inicjatywa jest godna uwagi.
A może jest to próba trafienia do ludzi słabo poruszających się w Internecie? Nadal jest to spora grupa czytelnicza, zwłaszcza wśród ludzi starszych.
Jakiś procent społeczeństwa jest off line, ale czy to jest grupa docelowa dwutygodnika? Jest za wcześnie, aby na to pytanie odpowiedzieć. Zobaczymy, w jakiej konwencji komunikacyjnej teksty na łamach będą prezentowane. Redaktor naczelny Jacek Karnowski do tej kwestii się nie odniósł.
Ideę powstania pisma tłumaczył tak, że Internet płynie niesłychanie szybko, informacje znikają po kilkunastu godzinach, później trudno je odnaleźć. Ale czy nie jest to przede wszystkim koło ratunkowe, jakie rzuciły SKOK-i publicystom „Uważam Rze”?
Na pewno tak, choć SKOK-i nie afiszują się z tym finansowaniem, nie nagłaśniały tego newsa. Dziennikarze, którzy stworzyli to pismo deklarują, że jest to dwutygodnik „osobistych opinii”. Ciekawe, w jakim kierunku będą dryfować te osobiste opinie. Czy będą to opinie jednokierunkowe czy sprzeczne, a więc w panoramie opinii. Drugi wariant wydaje się interesujący. Ale jest to otwarta kwestia.
We wtorek Grzegorz Hajdarowicz pozbawił Michała Karnowskiego stanowiska zastępcy redaktora naczelnego „Uważam Rze”. Czy Pani zdaniem zmusi do odejścia pozostałych publicystów, silnych piór, ale kłopotliwych autorów?
Wydawca ma problem, bo autorzy, wyrażający się mocnymi głosami, nasączonymi emocjami, są niewygodni. Albo więc wydawca będzie chciał się z nimi rozstać, albo oni w chórze poparcia dla redaktora Michała Karnowskiego sami przeniosą się do konkurencyjnego tytułu.
Pani zna Grzegorza Hajdarowicza. Czy stać go na męskie decyzje? Bo jak na razie wobec „Uważam Rze” zachowuje się bezwolnie.
Zarówno wydawca, jak i dziennikarze uczą się tego, na czym polega twarda ręka rynku. Przykład Presspubliki pokazuje, jaką w sytuacji konfliktu może to przybrać postać. Dziennikarze są w zależności finansowej od właściciela – to on dyktuje warunki - i zbyt wielu argumentów nie mają. Mogą opuścić pokład i to będzie wyraz największej demonstracji. Ale za drzwiami jest cała armia młodych, jednak już doświadczonych dziennikarzy, którzy mają większe aspiracje i natychmiast są gotowi zająć puste miejsca. Rebelia na pokładzie nie spowoduje upadku „Uważam Rze”, tylko zmianę składu redakcyjnego.
Myśli Pani, że każdego można zastąpić z dnia na dzień? Nawet tak znanych autorów, którzy z „Uważam Rze” odnieśli największy sukces wydawniczy ostatnich lat?
Ależ oczywiście, że tak. Chodzi jednak o to, aby nie zastąpić ich takimi samymi autorami, tylko innymi.
Jestem odmiennego zdania. Czytelnicy co tydzień kupują „Uważam Rze” dla tekstów Bronisława Wildsteina, Piotra Zaremby, Jerzego Jachowicza, Piotra Semki czy Rafała Ziemkiewicza.
Czytelnicy w takim razie pójdą za swoimi dziennikarzami i odnajdą ich tam, gdzie oni się usytuują. Zresztą część z nich ma już dość długie doświadczenie sprzed kilkunastu lat w pracy w mediach alternatywnych. Niemniej jednak dziennikarze nie mogą nie uwzględniać w swojej działalności zawodowej twardych praw wolnego rynku mediów i ekonomicznych uwarunkowań z tym związanych. Zmiana mechanizmów dot. funkcjonowania mediów na -wolnym rynku dokonała się na początku lat dziewięćdziesiątych -po części - z ich udziałem, czemu przecież nie mogą dzisiaj zaprzeczyć.
