Liczni wybitni autorzy- dziennikarze i medioznawcy narzekają, że reportaż jako gatunek upadał, zniknął z łamów, że redakcje nie mogą sobie pozwolić na jego uprawianie, bo jest za drogi i czasochłonny. Słychać wzdychania: gdzie te lata, kiedy kwitła polska szkoła reportażu, której zagranica, na przykład Niemcy, nam zazdrościli? A tymczasem chwalisz się, że „u nas reportaż ma się znakomicie… tylko u nas szkoła mistrzów reportażu”; to autoreklama? Mistrzostwo autopromocji?
Ani reklama, ani pi-ar… W Polskim Radiu , a także w rozgłośniach regionalnych byli i są znakomici twórcy reportażu. Jesteśmy przekonani o sile przekazu ważnych treści i artystycznej mocy reportażu jako gatunku. Wyczuwają to również młodzi dziennikarze i chętnie zgłaszają się na warsztaty organizowane przez Studio Reportażu i Dokumentu PR.
To jest ta „szkoła mistrzów”?
W tym także się przejawia. Spotykamy się od lat w listopadzie – młodzi adepci i reportażyści z dużym dorobkiem. Słuchamy, dyskutujemy. Ucząc w ten sposób młodą kadrę sztuki reportażu. Inspiracją dla młodych twórców jest Konkurs Stypendialny im. Jacka Stwory. Zwycięzca ma możliwość, pod kierunkiem Komisji Artystycznej, zrealizować swój reportaż marzeń. Ma na to osiem, dziewięć miesięcy. Na co dzień współpracuje z wybranym przez siebie opiekunem – mistrzem. A na kolejnym seminarium uczestnicy słuchają i oceniają rezultat jego pracy.
To kosztuje…
Fundusze na ten projekt gwarantuje Zarząd Polskiego Radia i o to martwić się nie muszę. Jeśli chodzi o realizację innych projektów – choćby cykle Spotkań z Reportażem w warszawskim Klubie Księgarza, czy gale wieńczące konkursy firmowane przez Studio Reportażu i Dokumentu PR – to już inna sprawa. Wolałabym, oczywiście, nie zajmować się zdobywaniem pieniędzy na te i inne cele, ale ktoś musi to robić. Miniony rok, przyniósł mi wiele satysfakcji także w kwestii pozyskiwania sponsorów. Skutkiem czego wreszcie mogłam godziwie wynagradzać mój zespół. Zawsze jednak zainteresowanych reportażem radiowym uprzedzam, że kto oczekuje szybkich i dużych pieniędzy za swoją pracę, niech szuka innego zajęcia. W Studiu jest miejsce dla tych, którzy mają wewnętrzny imperatyw i cierpliwość w szlifowaniu, pod okiem bardziej doświadczonych twórców, ukrytych w sobie diamentów.
Od ponad trzynastu lat prowadzisz w warszawskim Klubie Księgarza comiesięczne dyskusje na temat reportażu radiowego. Jeździsz też na spotkania w kraju. Walą na nie tłumy. W lubelskim „Czarnym Tulipanie” mówiłaś ostatnio o „reportażu jako utworze otwartym”; co to znaczy otwarty? A który z gatunków dziennikarskich jest zamknięty ?
Wszystko co robimy można nazwać komunikatem kierowanym do odbiorcy. Ten komunikat może mieć bardziej lub mniej artystyczną formę. Umberto Ecco jednej ze swoich książek dał tytuł „Dzieło otwarte”. Dowodzi w niej, że autor w każdej dziedzinie sztuki tworząc dzieło kieruje je do odbiorcy: słuchacza, czytelnika, widza… A oni dopełniają dzieło poprzez swój odbiór. Ten z kolei uzależniony jest od wielu czynników: wrażliwości, intelektu, wiedzy a nawet od zmieniających się każdego dnia nastrojów. Jedni odbierają dzieło na poziomie przekazu informacji, inni zaś dostrzegają różne, głębsze poziomy, których czasami nawet twórca nie uświadamiał sobie pracując nad swoim dziełem. Podobnie jest z reportażem. Tak więc w tym sensie reportaż to także „dzieło otwarte”, które „współtworzy” odbiorca.
Skąd to wiesz?
Także z własnego doświadczenia. Przed laty zrobiłam reportaż „Bo Ty jesteś ze mną” , który stał się tematem pracy magisterskiej i doktorskiej. Byłam zdumiona i zachwycona liczbą skojarzeń i poziomów interpretacyjnych. Wiele było odczytaniem mojego zamysłu, wiele dla mnie odkrywczych.
Reportaż wzbudza potrzebę refleksji – to twoja opinia. A felieton czy esej nie wzbudzają?
Felieton jest mocno nacechowany także emocją autora i to zbliża go do reportażu, którego siłą jest oddziaływanie właśnie na emocje. Esej zaś odwołuje się wprost do intelektu. Reportaż robi to poprzez poruszenie najpierw emocji. A nic tak głęboko nie zapada w pamięć, także tę podświadomą, jak to co nas poruszyło do głębi. Wartości intelektualne często nie mają aż takiej mocy, nad czym zresztą ubolewam.
Przekonujesz uczestników swoich spotkań, że „nasze reportaże żyją w słuchaczach”. To wiesz także z własnego doświadczenia?
Około ćwierć wieku temu, zrobiłam reportaż z przepięknie położonej wioski koło Bolesławca, zamieszkałej przez potomków Polaków, którzy powrócili po II wojnie światowej z jugosłowiańskiej wówczas Bośni i Hercegowiny, gdzie wyemigrowali „za chlebem”. Ukończyłam filologię serbsko-chorwacką i mogłam, ku wielkiej radości tych „polskich Bośniaków” rozmawiać z nimi w języku ich dzieciństwa. To nas bardzo zbliżyło i ułatwiło mi pracę. Po paru latach od emisji tego reportażu pt. „Korzenie” zadzwonił telefon. Jedna z bohaterek reportażu prosiła, żebym koniecznie jeszcze raz przyjechała do nich. Chcą mi podziękować, bo uratowałam ich wieś (!) A przecież zrobiłam tylko reportaż… Okazało się, że właśnie ten mój reportaż stał się niejako kartą przetargową w sporze mieszkańców wsi z władzami powiatu, które chciały wybudować tam Bacutil. Byłoby to tragedią nie tylko dla mieszkańców wsi, ale i dla środowiska naturalnego. Podczas burzliwej dyskusji z urzędnikami, jedna z bohaterek reportażu użyła argumentu: „my mamy dziennikarkę w Warszawie i ona nas obroni”. Na dowód prawdziwości tego faktu przyniosła kasetę z reportażem. Skutek – zakład wybudowano w innym miejscu. Nie tak dawno wnuczka owej pani z reportażu zatelefonowała z prośbą o skopiowanie audycji, bo babcia już niestety nie żyje a kaseta z reportażem zaginęła. Reportaż stał się rodzinną pamiątką i dalej żyje swoim życiem…
"Z pasją wchodzę w głąb swoich bohaterów, by ich poznać. Wiele także od nich się nauczę” to też twoje słowa w jednym z wywiadów. To ja teraz Ciebie sprawdzam: czego się nauczyłaś od swoich bohaterów. O jakie autorefleksje się wzbogaciłaś?
Noblistka, Wisława Szymborska pisze w jednym z wierszy: „Tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”. Z darem wchodzenia w czyjeś życie trzeba się urodzić. Ale można się też wiele nauczyć podczas tej „podróży w głąb”. Łatwiej zrozumieć siebie przyglądając się innym. Dzięki uważnej obserwacji, wsłuchiwaniu się w swoich rozmówców, nauczyłam się rozpoznawać choćby cień fałszu. Wychwycić momenty, w których moi rozmówcy usiłują coś ukryć, lub „upiększyć” się . My, dziennikarze jesteśmy narażeni na rozmaite próby manipulacji…
Zauważasz ją czasami w oczach swoich bohaterów? – bo uciekają przed tobą swoim wzrokiem, tak jak ty w tej chwili przede mną?
Gdybym patrzyła ci w oczy – rozpraszałabym się. A przecież chodzi nam w tej chwili o precyzyjne formułowanie myśli. Prowokujesz mnie do szukania w pamięci przeszłych zdarzeń. Nie mogę się rozpraszać komunikatami, które płyną do mnie od ciebie, dlatego patrzę w bok lub w sufit. Ale, kiedy rozmawiam z bohaterem podczas nagrania całą uwagę skupiam na nim – słucham i obserwuję. Odbieram wszystkie sygnały płynące od niego z tzw. mowy ciała, intonacji głosu, zmian tempa wypowiadanych słów, zakłócenia melodii wypowiedzi itp. Po latach tego typu pracy dobrze opanowałam „czytanie takiego alfabetu”. Tę umiejętność czytania emocji i czerpania wiedzy o właścicielu głosu chciałam przekazać moim bohaterom cyklu o uzależnieniach. Nagrywałam ich, potem podmontowywałam te wypowiedzi i razem słuchaliśmy powstałego zapisu. Efekty tego zabiegu były bardzo interesujące. Na przykład pewna alkoholiczka powiedziała mi, że słuchając tego nagrania więcej się dowiedziała o sobie, swoich tłumionych emocjach, próbach oszukania samej siebie niż podczas rocznej psychoterapii. A pewien profesor psychologii zaproponował mi zrobienie doktoratu z tej – jak to określił – nowatorskiej metody terapeutycznej. Ta propozycja połechtała moją próżność, ale na tym się skończyło. Szkoda.
Czy uznajesz pewne granice, których nie należy przekraczać, w penetrowaniu psychik i umysłów bohaterów?
Często moi bohaterowie mówili mi, że powiedzieli mi o sobie dużo więcej niż księdzu na spowiedzi. To zobowiązuje. Dziennikarz musi być odpowiedzialny za słowo i jego konsekwencje. Nie należę do sensatów i bardzo się z tego cieszę. Staram się nie nadużywać zaufania bohaterów. Wielokrotnie rezygnowałam z tzw. „smaczków” świadoma ewentualnych konsekwencji. Oczywiście, jeśli ktoś próbuje mną manipulować, oszukuje a to ma określone społeczne konsekwencje, to tę jego grę ujawniam. Kiedyś pewien rolnik, w obronie życia swojego psa gotów był na odbycie kary więzienia za uchylanie się od realizacji wyroku sądu. Stał się niemal narodowym bohaterem jako wielki miłośnik psów. W jego obronę zaangażowały się najwyższe urzędy państwa i ich przedstawiciele. Ludzie zbierali pieniądze na to, by materialne wesprzeć tego rolnika… A przecież miał 17 ha ziemi. Gdy do niego pojechałam, zobaczyłam zaniedbane gospodarstwo, ziemię leżącą odłogiem, ani kury, ani kaczki… To dawało do myślenia. Rolnik okazał się jednak inteligentnym człowiekiem, jasno formułującym swoje myśli, niezwykle opanowanym. To zwróciło moją uwagę. Następnego dnia miał przecież zgłosić się do więzienia na odbywanie kary pozbawienia wolności za odmowę uśpienia zarażonego wścieklizną psa. To jego opanowanie nie dawało mi spokoju. Czy jest tak niezwykle odporny psychicznie, czy może…
Czy alkohol nie odgrywał roli w jego życiorysie?
O tym, że nadużywa alkoholu i jest nieobliczalny po jego spożyciu dowiedziałam się później. Podczas tej pierwszej rozmowy zapytałam go: „Czy był pan kiedykolwiek karany?” I to – jak się okazało – było pytanie, które pozwoliło mi dojść do prawdy o nim. Można było nie zauważyć wymiany spojrzeń jego i żony. To były ułamki sekundy. Nie zwrócić uwagi na reakcję werbalną, odpowiedź pytaniem na pytanie: „A czemu pani pyta?” I reakcji na moją odpowiedź. Odebrałam wówczas dla mnie jasny komunikat, że muszę zainteresować się jego przeszłością, że ten pan prowadzi własną grę za pomocą mediów. Prawda okazała się brutalna – bohater w istocie był czarnym charakterem. Kilka lat wcześniej śmiertelnie ugodził bagnetem 19-latka, który przyszedł upomnieć się o swój motocykl oddany do naprawy. Zastraszał wieś, maltretował własną rodzinę. Wielokrotnie notowany na policji, karany za wywoływanie burd po pijanemu itd. Gdy na następnym spotkaniu ujawniłam, ze znam jego przeszłość, zapytał: „Dlaczego wtedy zadała mi pani to pytanie? Tu było tylu dziennikarzy i nikt o to nie zapytał”.
Praca reportażysty nauczyła mnie uważnie słuchać ludzi i odbierać rozmaite sygnały, które do mnie płyną, by nie dać się zwieść, oszukać. Za ten reportaż pt. „Prawda odwrócona” otrzymałam z rąk ówczesnego premiera Jerzego Buzka nagrodę Wolności Słowa "za odwagę przeciwstawienia się, w poszukiwaniu prawdy, obiegowym sądom środowiska dziennikarskiego, opinii publicznej i polityków". Bardzo ją sobie cenię.
Wyznałaś kiedyś: śmieję się i płaczę z moimi bohaterami. Utożsamiasz się z nimi? Żyjesz ich życiem?
Na etapie dokumentacji można by tak to nazwać. Ta pewnego rodzaju symbioza z bohaterem pozwala mi poznać go głębiej. Natomiast w fazie montażu już tego nie ma. Muszę złapać dystans. Poprzez tę sprawę lub los chcę przecież coś powiedzieć od siebie. Jeśli już zajmuję słuchaczom czas, to muszę zaoferować coś, co tego czasu będzie warte. Samo mniej lub bardziej udolne odwzorowanie rzeczywistości to o wiele za mało.
Tłumaczysz to swoim studentom i młodym dziennikarzom? Dociera do nich ta nauka?
Różnie bywa. Generalnie jednak młodzi szukają szybkiej recepty na sukces. Ja tymczasem staram się zwolnić to tempo. Proszę o zapoznanie się z dorobkiem mistrzów reportażu. To świetna szkoła. Tak zaczynałam swoją wielką zawodową przygodę. Codziennie wypożyczałam z archiwum reportaże wskazywane przez Krystynę Melion. Do dziś pamiętam tę radość słuchania, pomysły jakie rodziły się w mojej głowie… Bywa jednak, że osiągnięcia innych zniechęcają. Rodzi się obawa, że poprzeczka podniesiona jest zbyt wysoko… Ja jednak uparcie przekonuję, że sukces własny to także efekt poznawania dzieł innych. Zachęcam do inspiracji wielką literaturą, dobrym filmem, muzyką…
