Co Pani jadła dzisiaj na obiad?

Dobre pytanie, ale nie pamiętam (śmiech). Jakąś zupę.

Unika Pani drobiu: indyków, kurczaków?

- Jadam zdecydowanie mniej, aniżeli przed realizacją reportażu. Odrzuca mnie od mięsa. Niezależnie, czy jest to wieprzowina, wołowina czy drób. Na pewno jadam mniej.

Obawia się Pani metronidazolu, nitrofuranów czy chloranfenikolu, który może doprowadzić do trwałego uszkodzenia szpiku kostnego?

Jak słyszę o metronidazolu, to jestem bardzo zła, bo jak byłam w ciąży, specjalnie biegałam po indyki sądząc, że to najzdrowsze mięso. Tymczasem odkryłam, że indyk faszerowany jest metronidazolem.

Jak Pani wpadła na ślad afery antybiotykowej w przemyśle mięsnym?

Najpierw miałam drobne sygnały. Gospodyni, znajoma mojej babci, od której chciałam kupić kurczaka powiedziała, że nie jest on do jedzenia, tylko na sprzedaż… Na dobre chwyciłam się tego tematu na konferencji naukowej w Państwowym Instytucie Weterynaryjnym w Puławach. Wiedziałam, że mogę tam zdobyć kontakty i wiedzę. Po kilku minutach od zaproszenia dostałam telefon, abym nie przyjeżdżała, bo jest to wewnętrzne spotkanie specjalistów, a przecież to sympozjum naukowe, czułam że coś śmierdzi.

Jeszcze bardziej to Panią zachęciło?

Oczywiście pojawiłam się tam z kamerą. Nie było niczego wstrząsającego, czego nie mógłby dziennikarz wysłuchać. Po pierwszym odczycie podszedł do mnie jeden z profesorów i zapytał, czy mam zgodę, aby tam być. Nie miałam, ale wysiedziałam do końca. Potem wydzwaniałam do profesorów, dyrektorów, weterynarzy. Nikt nie chciał ze mną rozmawiać, nawet prywatnie.

Wiedzieli, jak wielkie jest zagrożenia dla życia i zdrowia?

Tak, ale wiedzieli też jakie pieniądze wchodzą w grę. Gdy się tym zainteresowałam, wszyscy specjaliści próbowali mi zamknąć usta, tłumaczyli, że z mojego powodu może spaść cały eksport w Polsce. Że będę działać wbrew interesom kraju.

Im bardziej chcieli zniechęcić, tym skuteczniej zachęcali?

Dokładnie. Miałam dylematy tym bardziej, że codziennie słyszałam że ten temat wywróci gospodarkę. Że gra niewarta świeczki, że lepiej to odpuścić. Ale przecież my to jemy. Nikogo to nie obchodzi?

Uderzali w patriotyczne tony?

Tak, codziennie miałam telefony, aby odpuścić temat.

Interweniował minister rolnictwa?

Nie. Miałam problem z informatorami. Wielu chętnie ze mną rozmawiało, ale prywatnie. Nikt nie chciał się wypowiedzieć do kamery. Odmawiali mi nawet ludzie na stołkach profesorskich.

Dlatego zdecydowała się Pani na ukrytą kamerę?

Już od tej konferencji wiedziałam, że nie będzie łatwo. Kiedy tylko przedstawiałam się jako dziennikarka, wszyscy zamykali usta. Traciłam wszystko. Szukałam kontaktów. Z kimkolwiek z weterynarii rozmawiałam, proponowali każdy inny temat, byle nie antybiotyki. „Może zrobi pani materiał o mączce mięsno-kostnej?” – pytali. „Pomożemy, damy namiary”.

Prof. Andrzej Rutkowski mówi w Pani filmie, że nie ma możliwości, aby rolnik podawał antybiotyk bez kontroli, kupował go w sklepie.

Myślę, że on w to wierzy. Też tak na początku myślałam, że nie jest to możliwe, a na końcu nielegalnie kupiłam antybiotyki od pani weterynarz. Zamierzałam strzelać do grubych ryb, bo wiedziałam, że handlują tonami. Trafiłam do powiatowego weterynarza, który uchodził za bardzo uczciwego. Wydawało się, że mi pomoże. Wymyśliłam sobie w swojej naiwności, że kupię indyka, zbadam go i wszystko będzie jasne.

Tymczasem.

Lekarz tłumaczył, że to trudne, bo trzeba wyłapać zwierzę w odpowiednim okresie, z uwzględnieniem karencji, a po za tym nie ma żadnej gwarancji, że wynik będzie rzetelny. Wreszcie ustalił przez znajomego hurtownika, że wszyscy podlegli mu lekarze weterynarii kupują metronidazol na lewo. Mimo, że powinien, nie wiedział, że tego leku nie można już używać w indyczych hodowlach ze względu na udowodnioną rakotwórczość. Tego się dowiedziałam właśnie na konferencji w Puławach. Następnego dnia przedstawił mnie, jako dziennikarkę, wszystkim swoim kolegom zamieszanym w proceder…

Spalił Panią.

Dał im sygnał, że jest dziennikarka, która węszy i żeby uważali. Obnażył moje zamiary. Jedynie jeden z profesorów w Lublinie przyznał w pierwszym zdaniu, że jest problem z nadużywaniem środków farmaceutycznych. Przed kamerą nie zgodził się jednak wystąpić.

Ale prof. Waleria Hryniewicz z Narodowego Instytutu Leków przyznała przed kamerą, że sytuacja jest poważna. Że beztrosko stosowaliśmy antybiotyki w medycynie, weterynarii, w środowisku. Efekt jest taki, że oporność Polaków na antybiotyki gwałtownie rośnie, coraz częściej nie ma czym ludzi leczyć.

Konsekwencje są smutne. Nawet WHO się tym zajmuje. Jeśli co jakiś czas jemy mięso z przekroczonymi dawkami np. doxycykliny i z powodu choroby trafimy do szpitala, na ten antybiotyk organizm nie zareaguje. Zakładamy sobie pętlę na szyję.

Chloranfenikol, doskonały do leczenia zwierząt, u ludzi może doprowadzić do uszkodzenia szpiku kostnego, co może nastąpić nawet w następnym pokoleniu.

Wychodzi to w różnych postaciach. Po zwykłych jajkach czasami mam alergię, ale po innych już nie.

Ale przecież jaja, mięso, mleko, wodę czy paszę kontroluje się!

To prawda, ale przeżyłam szok, gdy odkryłam, że hodowcy sami wożą próbki do weterynarzy. Okazuje się, że mają kilka kur na własne potrzeby, od nich biorą kał, który bada weterynarz. Pozostałych nikt nie sprawdza. Oczywiście nie wszyscy hodowcy to robią.

Jaka jest skala szalbierstwa?

Tego nie wie nikt. Jak zbierałam materiał i podawałam się za hurtownika zakazanych antybiotyków, odwiedziłam 25 gospodarstw. Tylko jeden hodowca zachował się przyzwoicie i mnie pogonił.

Czy od czerwca ubiegłego roku, kiedy TVN wyemitował Pani reportaż, cokolwiek się zmieniło? Czy nadal jemy nafaszerowane antybiotykami mięso?

Na służbach weterynaryjnych za bardzo polegać nie można, a jako konsumenci nie jesteśmy w stanie gołym okiem stwierdzić, co jemy.

Jakie więc były konsekwencje reportażu „Mięso na receptę”?

Weterynarze stwierdzili, że problem, który opisałam dotyczy ledwie 0, 2 proc. rynku. Szumnie zapowiadali zmianę prawa, ale nic się nie zmieniło. Doniesiono natomiast na mnie do Rady Etyki Mediów. Nie zrobiono nawet najprostszej rzeczy, choćby wprowadzenia zapisu, że antybiotyki stosowane u ludzi nie mogą być stosowane u zwierząt. W wielu krajach tak to działa. Dostałam wiele listów od weterynarzy, którzy dziękowali mi za poruszenie tego tematu. Wzrosła tez legalna sprzedaż antybiotyków, co oznacza, że udało mi się ograniczyć nieco szarą strefę.

Czuje więc Pani satysfakcję?

Z jednej strony mam poczucie sukcesu, bo dostałam nagrodę. Z drugiej czuję porażkę, że niewiele się zmieniło. Zamiast tych nagród wolałbym mieć przekonanie, że bez obaw możemy jeść kurczaki, indyki, wieprzowinę i wołowinę.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl