Z Jarosławem Rybickim, współautorem – wraz z Joanną Lichocką – filmu „Prezydent” nagrodzonego w konkursie SDP Nagrodą Główną Wolności Słowa rozmawia Błażej Torański.
Pana zdaniem w Smoleńsku doszło do zamachu czy katastrofy?
Nie chciałbym odpowiadać na to pytanie odnosząc się do filmu, ale nie ma też na nie do dziś jednoznacznej odpowiedzi.
Pytam dlatego, że w napisach końcowych podpisaliście Jarosława Kaczyńskiego, jako brata „zmarłego tragicznie”, a nie „poległego” prezydenta. Zauważyła to m.in. Dominika Wielowieyska w „Gazecie Wyborczej”.
Taki był nasz świadomy wybór. „Tragicznie zmarły” oddaje istotę dramatu i nie można tego zakwalifikować, jako opowiedzenie się za wersją zamachu, ani przeciwko niej.
Czytał Pan recenzje po emisji „Prezydenta”?
Czytałem.
Nie zabolało Pana, jak recenzenci pisali o laurce, hagiografii?
Hmm… W dawnej literaturze był taki gatunek, jak hymn. Opiewał on heroiczne wyczyny rycerzy. Niezależnie, jak dziwnie by to zabrzmiało, nasz kameralny film można uznać za rodzaj opowieści o facecie, który w sierpniu 2008 roku pojechał do ogarniętej wojną Gruzji. Rok później, we wrześniu, na Westerplatte, Merkel i Putinowi rzucił w twarz twarde zdania, a kilka miesięcy później, w Katyniu miał wygłosić ważne, ale też niewygodne dla niektórych przemówienie. Od próby jego rekonstrukcji zaczynamy nasz film. Mam nadzieję, że krytyczne spojrzenia na postać i prezydenturę Lecha Kaczyńskiego jeszcze powstaną. Są one potrzebne. To jest niezwykle ważna postać w najnowszej historii Polski.
Wasza opowieść, rodzaj hymnu, rzeczywiście jest kameralna, ciepła. Czy z powodu tej konwencji nie zaprosiliście przed kamerę krytyków Lecha Kaczyńskiego?
Nie było naszym założeniem naszkicowanie hymnu na wzór dawnych eposów, ale Gruzja, Westerplatte, Katyń układają się w pewien ciąg. Nie jest tak, że zapraszając na plan filmu dokonaliśmy jakiejś selekcji negatywnej. Nie było żadnych nacisków ani interwencji. Zapewniam. Wraz z Joanną Lichocką świadomie wybraliśmy ludzi, którzy byli blisko prezydenta, aby przeprowadzić rekonstrukcje. Film nie może pomieścić wszystkich wątków.
Z tego powodu nie sięgnęliście po wypowiedzi Lecha Wałęsy, Jacka Merkla, Joanny Kluzik-Rostkowskiej czy Adama Bielana?
Rozumiem potrzebę spojrzenia z różnych stron, ale zadecydowała kompozycja wewnętrzna, autorski wybór. Zdecydowaliśmy się na obraz kameralny, bliski, osobisty, nieobiektywizujący na siłę.
A dlaczego nie pokazaliście Lecha Kaczyńskiego w 1988 roku w Magdalence, przed Okrągłym Stołem?
Pojawiają się fotografie z Okrągłego Stołu, które ilustrują tezę stawianą przez dr Barbarę Fedyszak-Radziejowską. Mówi, że Lech Kaczyński przywrócił społeczeństwu wiarę, że dziesiątki tysięcy ludzi w zakładach pracy doprowadziło do zmian, a nie dwudziestu kilku facetów przy Okrągłym Stole. Powszechnie znana jest obecność Lecha Kaczyńskiego zarówno w obradach Okrągłego Stołu i w Magdalence. Podobnie oczywista jest jego późniejsza krytyka w odniesieniu do tego, jaki kształt przybrały ustalenia okrągłostołowe. Takiego dokonaliśmy wyboru.
W waszym filmie jest wiele wzruszających scen. W Katyniu, jak mówi jego brat Jarosław Kaczyński, prezydent chciał powiedzieć bardzo wyraźnie, że było to ludobójstwo i wynikają z niego zobowiązania międzynarodowe. Chciał pójść bardzo daleko.
Bardzo zależało nam na rekonstrukcji możliwego obrazu przemówienia, jakie Lech Kaczyński miał wygłosić w Katyniu. W kancelarii zachowały się dokumenty wyjściowe tekstu, był on dwukrotnie modyfikowany. Próbują to opisać jedyni świadkowie: Zofia Kruszyńska-Gust i Maciej Łopiński. Dla mnie to przemówienie mogło być klamrą tego, co wypowiedział na Westerplatte. Szczególnie wzruszyło mnie w tym tekście - posłużę się notatkami – kiedy zamierzał powiedzieć o pomordowanych w Katyniu: „zamordowani, to obywatele Polski, ludzie różnych wyznań i różnych zawodów: wojskowi, policjanci, cywile. Są wśród nich generałowie, profesorowie, wiejscy nauczyciele, są kapelani różnych wyznań”. Ten obraz w zadziwiający sposób ma odbicie w liście ofiar katastrofy.
Silną stroną filmu są materiały archiwalne, rzadko albo w ogóle wcześniej nie pokazywane. Nakręcone przez Video Studio Gdańsk, firmę Mariana Terleckiego, pierwszą, która w Polsce zajęła się niezależną produkcją filmową.
W drugiej połowie lat 80. miałem przyjemność współpracować z Marianem Terleckim. Rejestrowaliśmy strajki i demonstracje. Część tych materiałów i fotografii są mojego autorstwa. Udało nam się dotrzeć także do unikatowych nagrań ze spotkań Wolnych Związków Zawodowych. Korzystaliśmy z materiałów źródłowych, które, wydaje się, nie były wcześniej publikowane.
Co sprawiło wam najwięcej problemów przy realizacji?
Nie mieliśmy normalnego budżetu, zaangażowaliśmy własne środki. Ale poradziliśmy sobie. Nie mieliśmy kłopotów z uzyskaniem materiałów archiwalnych ani z kancelarii prezydenta ani sejmu.
Ważny wątek dotyczy dyskredytowania i marginalizacji Lecha Kaczyńskiego przez media. Operator prezydenckiej kamery Włodzimierz Resiak mówi: „Siła złego na jednego”. Przywołuje, jak powiada, głupoty, od przekrzywionego krawata po skrzywione usta. Redaktorzy, jego zdaniem, takich najczęściej dokonywali wyborów.
Tak istotnie było. Do obiegu weszło hasło przemysłu pogardy. Teraz jest okres przemilczenia. Niektórym dziennikarzom ciężko się teraz przyznać do „jazdy”, jaką urządzili parze prezydenckiej. Dlatego też nasz film ma na celu odkłamanie tego obrazu i prezentuje cieplejszy wizerunek prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Ryszard Bugaj mówi, że jesteśmy mu to po prostu winni.
Prof. Ryszard Bugaj zauważa też, że Lech Kaczyński zderzył się z grupami ludzi bardzo dobrze urządzonymi, o których można powiedzieć, że wdrapali się na górę i wciągnęli za sobą drabinę. Te środowiska wzięły go ostro na celownik. Miały za sobą media i zdolność kreowania opinii zagranicy o jego prezydenturze.
To jest jeden z mocniejszych wątków filmu, kiedy mowa o próbie dokończenia przez prezydenturę Lecha Kaczyńskiego rewolucji „Solidarności”. Tak naprawdę ona się nie dokonała, bo część beneficjentów przemian ustrojowych poczynała sobie agresywnie i nie zawsze uczciwie w III RP. Ofiary tego działania starały się przywrócić Polskę solidarną i to kilka razy w naszym filmie pada.
Czy „Prezydent” złagodził nieco podziały polityczne po dramacie smoleńskim?
Byłbym szczęśliwy, gdyby nasz film pomógł rozładować ten wyniszczający podział, ale uważam, że on nadal trwa.
