Z Jarosławem Kuźniarem o Twitterze, prowokacjach i naparzankach oraz o nauczaniu studentów rozmawia Marek Palczewski.

 

Jarosław Kuźniar (rocznik 1978). Polski dziennikarz telewizyjny i radiowy. Uzyskał licencjat na Uniwersytecie Wrocławskim z dziennikarstwa. Na początku kariery dziennikarskiej był związany z Radiem Sudety oraz Telewizją Sudecką. Pracował także w Polskim Radiu Wrocław. Od 1999 r. w Warszawie. Prowadził „Zapraszamy do Trójki”. Potem przez 5 lat pracował w Radiu ZET. Od 2007 r. pracuje w TVN24. Jest gospodarzem „Poranka TVN24”. Od 2011 r. prowadził dwie edycje programu muzycznego X-Factor.

W 2009 został laureatem nagrody Wiktory 2008 w kategorii największe odkrycie telewizyjne roku. W 2009 otrzymał nagrodę studentów MediaTory w kategorii inicjaTOR.

 

 

 

Obserwowałem pańską aktywność na Twitterze w ciągu ostatniej doby – dwadzieścia kilka wejść, a ostatnie godzinę temu, chyba już w czasie zajęć ze studentami? To było zdjęcie z Tel Awiwu.

Ktoś podesłał mi Twitterze kontakt do laureatki kilku międzynarodowych nagród dziennikarskich. Zacząłem obserwować jej relacje z Afganistanu, a teraz z Izraela. To ona ujawniła zdjęcie z Tel Awiwu autobusu, w którym wybuchła bomba.

Pan nie może żyć już bez Twittera? Jest Pan twittero-holikiem?

Szczerze? Tak.

To znaczy, że nie ma już dzisiaj dziennikarstwa bez Twittera?

Boję się, że nie. I boję się czy to nie będzie za chwilę taki sam rynsztok jak reszta sieci. To jasne, że ludzie różnie reagują na moje wpisy, ale wszystko można robić z klasą. Niektórzy cieszą się, że będą mnie czytać, inni piszą „jesteś ostatnim ścierwem”.  Zwykle, chyba z jakiś masochistycznych pobudek, zerkam sobie na profil tej osoby, która do mnie pisze. Dziś na przykład napisał do mnie młody człowiek, Arkadiusz M. Wrzuciłem na Twittera informację o ewentualnych zmianach w rządzie, a on mi pisze – cytuję : „jest pan nieodpowiedzialnym dziennikarzem. Typowy aparatczyk platfusów pseudoobywatelskich”. Już abstrahuję od tego, że na zdjęciu to jest młody człowiek…

...o przyjemnej aparycji.

Ale za cholerę nie wiem, po co on mi chce to powiedzieć. Co ma mi to dać? Nie wiem.

Napisał Pan w artykule do „Nowych Mediów”, że Facebook i Twitter zamiast łączyć ludzi, dzielą ich. A jednak korzysta Pan z Twittera…

Bo zdaję sobie sprawę, że nie mogę inaczej. Chcąc być obecnym w mediach, nie mogę z tego medium nie korzystać, nie mogę go lekceważyć. Choć może ono mi się nie podobać  - i mogę zablokować czyjeś wpisy, gdy ktoś mnie atakuje osobiście – to jednak mam poczucie, że nie można tam nie być, chcąc być współcześnie dziennikarzem.

Trzeba poznawać czego od nas oczekuje słuchacz, widz. Jak przychodzę na zajęcia ze studentami, to chcę ich poznać – chcę wiedzieć jak reagują, jaki w ogóle mają stosunek do świata. Dziś na przykład dyskutowali o zatrzymaniu matki Madzi…

A Pan o tym też napisał na Twitterze. Ale  przyzna Pan, że lubi prowokować. I że te pańskie prowokacje budzą często agresję. Przypomnę tę słynną zaczepkę na FB, kiedy spytał Pan, czy internauci chcą, żeby zwolnił się Pan z pracy.

Zwróciłem się z tym do internautów dopiero po ataku na mnie.

Tak, i oni odpowiedzieli, żeby Pan się zwolnił i na to Pan zareagował agresją.

Bo nie potrafię reagować miłością na agresję. Za dużo jej jest wokół mnie, żebym inaczej reagował.

No dobrze, to dlaczego poparł Pan na swoim blogu Kubę Wojewódzkiego i Michała Figurskiego za chamskie przecież ataki na Ukrainki?

Tak, atak był chamski, natomiast ja popieram pewną konwencję. Wydaje mi się, że prędzej czy później będzie w naszych mediach tak, jak jest w mediach zachodnich, i że tak jak mówi Barack Obama: można o nim powiedzieć wszystko, ale jest wolność słowa, której będzie bronił…

Ale czy tutaj ta wolność słowa została naruszona? No przecież ataki na Figurskiego i Wojewódzkiego były uzasadnione, bo oberwało im się po prostu za chamstwo na antenie.  Naruszyli wolność słowa, nadużyli jej.

Ok. Ludzie mogą ich atakować, to jest dla mnie najważniejsze. Oni mogą zrobić swoje, a ktoś może powiedzieć: nie podoba mi się to.

Pan stoi po ich stronie?

(śmiech) Nie. Ja stoję po stronie prawa, żeby można było to zrobić. Jak Rush Limbaugh (prowadzi najbardziej słuchany radiowy talk show w USA – red.), który jest idolem prawicy w Stanach Zjednoczonych, i napiernicza we wszystkich, którzy usuwają ciążę, itd. On siedzi w radiu i wyzywa wszystkich, których nie znosi, ale ma miliony ludzi przy odbiornikach, którzy go słuchają, dlatego, że go nienawidzą albo, że go popierają. Wydaje mi się, że skończyły się czasy, kiedy mogliśmy być nijacy i musieliśmy zadowolić wszystkich. Dziś dziennikarstwo staje się bardziej wyraziste, czasem wkurzające, jak Rush Limbaugh.

Chce Pan, żeby dziennikarstwo było kontrowersyjne?

Nie, żeby dziennikarstwo było wyraziste.

Pan jednoznacznie broni okładek „Newsweeka”, właśnie najczęściej kontrowersyjnych.

Nie wszystkich.

Ale wszedł Pan w spór z Moniką Olejnik, jeżeli chodzi o tę okładkę z Macierewiczem jako talibem. Pan ją aprobował, ona – nie.

To jest zbytnie uproszczenie, że wszedłem w spór; ja mówię swoje, a Monika - swoje. Ktoś to łączy i mówi, że obie strony się naparzają, a ja nie mam złej relacji z Moniką. Po prostu inaczej myślimy.

A to, że powiedziała, że synapsy się Panu zagotowały, to się Panu podobało?

Nie. Ale ona ma prawo tak napisać. Jest moją starszą, doświadczoną koleżanką, która może tak zrobić.

Czy zagotowały się te synapsy?

Nie, ani nie czuję się też „kapłanem poranków” – jak napisała, choć to było bardzo ładne określenie.

To co właściwie stoi w tej chwili przed dziennikarstwem? Czy powszechna „naparzanka”? Taka, jaka jest – bo Pan się „naparza” z prawicowymi blogerami i publicystami…

…i vice versa, bo tak to działa.

Zatem?

Nie wiem czy taka sytuacja jak z przygotowywanym atakiem terrorystycznym przez Brunona K. nie spowoduje, że za chwilę nagle wszyscy uznają, że bierzemy łopaty i zasypujemy ten rów mariański, który jest między nami. Ale na razie jakoś się na to nie zanosi. Łukasz Warzecha napisał o mnie: „piesek Kuźniar donosi na Chajzera”, a ja ani nie czuję się pieskiem, ani nie doniosłem na nikogo, tylko po prostu wyraziłem swój pogląd na temat relacji kolegi, która mi się nie podobała, bo obrażała wszystkich reporterów na świecie. Jeżeli Warzecha traktuje mnie w taki sposób, to dlaczego ja mam pisać „Panie Łukaszu, może usiądźmy, porozmawiajmy”…

Ale Pan też nie przebiera w słowach, zwłaszcza na swoim blogu pisze o „polskiej tłuszczy”, „polskim zaścianku”, „talibie Macierewiczu”, itp.

No tak, przepraszam za szczerość. Mimo wszystko uważam, że trzeba ograniczyć język, powściągnąć emocje, ale wie pan, zawsze to ta „druga strona” jest ostrzejsza, niezależnie od tego, kto był pierwszy.

Nie wiem, kto pierwszy zaczął, ale ktoś zaczął i ktoś mógłby pierwszy skończyć, nieprawdaż?

No, ale czy ja jestem Bogiem? Nie czuję się na siłach, żeby nie reagować, jeśli ktoś mnie zaczepia. A teraz to już nie wiem, kto zaczął, szczerze mówiąc.

Kształci Pan studentów dziennikarstwa. Co im Pan przekazuje?

Żeby byli naturalni, żeby nie szukali udziwnień. Kiedy patrzę jacy są moi koledzy za oceanem, którzy mają po lat 50., to tylko można im pozazdrościć. Są naturalni, mają własne zdanie, nie udają kogoś innego, jak Mika Brzeziński (w MSNBC – red.), która nie chciała przeczytać w serwisie informacji o tym, że Paris Hilton została wypuszczona z więzienia, na antenie próbowała spalić tę depesze, skasować ją w niszczarce. I mnie się to podoba. To jest błaha sprawa, ale pokazuje, że ona nie zgadza się na to, żeby takie informacje podawać jako ważne.

Jeżeli mam u siebie informację, że dreamliner będzie lądował na Okęciu, to próbuję pokazać ludziom, że mam do tego dystans. I namawiam studentów, żeby nie bali się potknąć przed kamerą, wyjść z kadru na chwilę, wrócić, itd. Chodzi o to, żeby to było jak najbardziej naturalne, fajne. Na początku nie chcieli tego robić. Z czasem dali się namówić.

Pan wspomniał o amerykańskich standardach. Czy wobec tego, co Pan robi – z jednej strony dziennikarz, z drugiej – showman w X-Factor…

Już nie, właśnie się wycofuję. Nauczyłem się pracy na scenie, przed publicznością, rozmowy o emocjach, słuchania i czas to wykorzystać w pracy dziennikarsko-publicystycznej.

Tak, ale był Pan prowadzącym przez dwie edycje. Jak Pan to traktował, czy nie szkoda swojego wizerunku?

Pokazywałem studentom Andersona Coopera, jednego z moich ulubionych dziennikarzy zza oceanu. Stoi sobie w Tel Awiwie i nagle wybuch za nim bomba. On pochyla się, ale nadal relacjonuje. A kiedy prowadzi program w studiu, to najpierw pokazuje rzeczy poważne, a na koniec śmieszne filmiki, błahostki ze świata, trochę je wykpiwa, itd., czyli łączy tzw. soft newsy z hard newsami, rzeczy poważne z rozrywkowymi. To on jest także prowadzącym sylwestrowy wieczór w CNN, on - dziennikarz, który ma najważniejszy program newsowy w prime time.

No tak, ale to wszystko zamienia się w infotainment, w inforozrywkę.

Nie wiem czy tak do końca jest, ale dla młodych ludzi oglądanie telewizji ma taki właśnie charakter. I my musimy się do nich zbliżyć. Co nie znaczy, że mamy tańczyć tak, jak oni zagrają. Jak nie podejdziemy do widza bliżej, za chwilę go już nie będzie.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl