Czytał Pan powieść Marqueza „Sto lat samotności”?
Kiedyś czytałem. Bardzo mi się podobała i została w głowie. Trafnie pan mnie wyczuł.
Pana fotografie nie są klasycznym dokumentem ani reportażem. Jest w nich kreacja, realizm magiczny, jak w prozie Marqueza.
Jest ten realizm, to prawda, ale jest też dokument, który pokazuje mentalność ludzi, mieszkańców Polesia i Podlasia. Jest coś nieuchwytnego, nienamacalnego. Wiedza o tym, jak wygląda wieś, ale i sposób myślenia o życiu, pracy, śmierci. To dokumentuję.
Da się sfotografować mentalność, godność, duszę?
(śmiech) Mam nadzieję, że fotografuję sposób myślenia, że między obrazami gdzieś to wisi.
Co Pan chciał wydobyć z codzienności, fotografując pana Ignacego. Jego zarośnięta twarz – z brodą i sumiastymi wąsami - ledwie wystaje z ziemi na łące. Sam Pan wykopał ten dół. W dłoni pan Ignacy trzyma gałązkę świerku.
Skoncentrowałem się na relacji człowieka z ziemią. Człowiek pochodzi z niej i do niej wraca. Do niej przynależy. Jest coś takiego, że z prochu pochodzi i w proch się obraca. Ksiądz na pogrzebie mojego dziadka powiedział, że całe życie dziadek ziemię oswajał, aby po śmierci do niej wrócić. Te słowa zrobiły na mnie silne wrażenie i chciałem, aby fotografie miały siłę ich wyrazu.
Sportretował Pan ludzi Polesia i Podlasia, żyjących zgodnie z rytmem ziemi i pomieścił te zdjęcia w książce „Karczeby”. Karczeb to korzeń silnie wrośnięty w ziemię, trudny do wyrwania. Miał Pan zamysł, aby pokazać ludzi, którzy po śmierci spoczną na cmentarzu obok pola, które uprawiali?
Chodziło mi o związek człowieka z ziemią, który uprawiając ją myśli o niej, dba. Ziemia jest dla niego ważna, jak matka, która rodzi i żywi. Człowiek zachowuje godność, gdy sam jest w stanie się utrzymać. Ludzie na wsi nie mają kompleksów, są dumni z korzeni od pokoleń. Ziemia jest dla nich mocnym kręgosłupem.
A po śmierci wracają do niej.
Tak, dokładnie.
Czy portretował Pan wyłącznie aktorów teatru obrzędowego „Czeladońka” ze wsi Lubenka?
Nie tylko. Jest tam też moja babcia.
Karczeby, jako silne, ludzkie korzenie, fotografuje Pan od dawna. Podobnie portretował Pan Białorusinów, choć nazywani są narodem … bez korzeni. W tym celu jeździł Pan do ostatniej dyktatury w Europie?
Rzeczywiście miałem zamysł eksperymentu, aby za pomocą portretu człowieka i miejsca opowiedzieć historie w konwencji fotograficznej. Chciałem pokazać duszę Białorusinów, ale to było bardzo trudne. Pierwsze, co wychwyciłem na Białorusi, to fasadowość: w architekturze i w ubiorze. W Warszawie - czy w ogóle na Zachód od Polski - ludzie nie przywiązują zbyt wielkiej wagi do tego, jak ubrani wychodzą na ulicę. W Mińsku dla młodych ludzie ma to takie znaczenie, jakby wybierali się na najważniejszą w życiu kolację. Odzież, usłyszałem tam, to drugie „ja” Białorusinów.
Nie ma na tych fotografiach młodych dziewczyn w dżinsach i T-shirtach.
Bo trudno takie znaleźć. Dominują sukienki, wysokie obcasy, rajstopy.
Fotografował Pan także tajskie prostytutki i nielegalne fabryki broni w Pakistanie. Który temat był łatwiejszy: polska wieś czy tajski zamtuz?
Kilkanaście lat temu uczyłem się na wyjazdach do Azji fotoreportaży prasowych. To była “partyzantka”, bo nie miałem budżetu, aby materiały zrobić sumiennie, porządnie. Ale próbowałem. Uznaję te doświadczenia za bardzo cenną lekcję.
Prostytutki chciały kasy?
Nie, ale żeby wejść do nocnego klubu trzeba było coś zamówić, zapłacić. Byłem wtedy na studiach, przez cały rok zbierałem na ten wyjazd. Budżet był ograniczony. Po 3 latach od powrotu z Azji zacząłem fotografować wieś. Dobrze ją znałem i to znalazło odbicie w zdjęciach. Miałem więcej do powiedzenia.
Próbował Pan także fotografii prasowej. Dlaczego nie osiadł Pan w zawodzie fotoreportera?
Pracowałem przez 9 miesięcy w „Głosie Wielkopolskim”. W ciągu godziny musiałem być w trzech miejscach. Na początku było to ciekawe, ale szybko mnie zmęczyło. Czułem, że już się nie rozwijam. Postanowiłem pracować nad jednym projektem, aby się nie rozdrabniać, lecz maksymalnie skupić na tym, co chcę powiedzieć. Wyprowadziłem się nawet z Poznania i zamieszkałem na wsi.
Czuje się Pan bardziej portrecistą niż reporterem?
Przez trzy lata pracy na wsi realizowałem fotoreportaże, ale po pogrzebie dziadka uznałem, że nie ma w nich tej siły, co w słowach księdza o powrocie do ziemi. Dlatego postanowiłem silniej, bardziej kreacyjnie ingerować w to, co fotografuję, aby wierniej oddać sposób myślenia o życiu.
Jury 71. konkursu Pictures of the Year International uznało „Karczeby" za Najlepszą Książką Fotograficzną Roku 2013. Duża satysfakcja?
Żyłem tym przez chwilę, ale nabrałem już dystansu. To jednak super promocja dla książki, którą wydałem dzięki oszczędnościom kilku lat.


