Czas się bać – usłyszałem przestrogę jednego z młodych medioznawców - panelistów podczas 4-go już, dorocznego seminarium w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego na temat relacji między Internetem a mediami tradycyjnymi; czego powinniśmy się bać?

Mamy jeszcze czas, aby zacząć się bać; a w ogóle, nie ma się czego bać. Jeśli nawet sprawdziłby się czarny scenariusz, że zniknie prasa papierowa, to należy pamiętać, że preferencje dzisiejszych i przyszłych odbiorców Internetu muszą znaleźć w nim odbicie tego, co najlepsze w prasie drukowanej. Na pewno nie tylko Internet będzie kształtował gusta odbiorców, ale my też coraz silniej zaczniemy wpływać na jego poziom. Działanie musi być coraz bardziej dwustronne. Jeśli rządzący Internetem każą sobie płacić za wejścia na jego strony, to muszą nieustannie podnosić ich jakość treściową oraz atrakcyjność wizualną. Liczba tych wejść będzie przecież decydować o zainteresowaniu reklamodawców.

Dziś mamy go jeszcze głównie za darmo, więc nie zwracamy takiej uwagi na to, co nam proponuje… Proponuje przed wszystkim bieżącą informację oraz rozrywkę.

Jest fajny, bo darmowy – to powszechna opinia. Jednak niedługo przestanie taki być. Ciekawe, że lepsze noty wystawiają mu nasi studenci, pochodzący ze wsi lub małych miast. Można powiedzieć, że nawet fascynują się nim, chcą w nim pracować. Natomiast studenci z dużych miast, przyszli dziennikarze preferują pracę raczej w tradycyjnych mediach.

Zanim przejdziemy do szczegółów wystąpień panelistów i uczestników seminarium, powiedzmy o trzech poprzednich spotkaniach, bo są ciekawą inicjatywą stołecznego uniwersytetu.

Pomysł zrodził się w naszym zakładzie badającym polski i zagraniczne systemy medialne. W kilku uniwersytetach – wymienię uniwersytety: Jagielloński, Gdański, Wrocławski, Śląski – pracują młodzi badacze systemów medialnych, ale tylko w naszej uczelni działa osobny zakład, dlatego od nas wyszła inicjatywa seminariów. Cztery lata temu spotkaliśmy się po raz pierwszy z inicjatywy prof. Janusza Adamowskiego, dziekana Wydziału oraz prof. Alicji Jaskierni głównie po to, by się poznać, „policzyć” i poinformować, nad czym pracujemy. Wówczas zaskoczyła nas frekwencja uczestników oraz ich żywe zainteresowanie problematyką.

O proroctwach – papierowa prasa padnie, czy nie padanie można gadać bez końca.

Ale jesteśmy przy drugim seminarium – ono było poświęcone problemom komunikowania się międzynarodowego i międzykulturowego w dobie globalizacji. Jego owocem były dwie książki: Komunikowanie masowe i polityka medialna w epoce globaliazacji i cyfryzacji – aspekty międzynarodowe oraz Międzynarodowe aspekty działalności mediów w epoce globalizacji. Natomiast ubiegłoroczne dyskusje poświęciliśmy problemowi funkcjonowania mediów publicznych w poszczególnych krajach.

To również gorący temat – czy na Zachodzie wywołuje tyle emocji, co u nas?

Na przykład w USA media publiczne mają dość marginalne znaczenie, choć pełnią ważną funkcję edukacyjną. Nie mówi się o nich wiele, dlatego niektórzy obcokrajowcy nawet nie wiedzą, że funkcjonują. W ubiegłym roku podczas seminarium ujawniły się także u nas głosy… przeciwników mediów publicznych. Natomiast ich zwolennicy rozwijali przykład brytyjskiego BBC, w którym znaczna część programów, tzw. misyjnych finansowana jest tylko z abonamentu. Obok nich emitowany jest program np. BBC Entertainment, produkowany na zasadach komercyjnych. Trzeba jednak zauważyć, że na Wyspach abonament jest dużo wyższy kwotowo niż u nas, a jego „ściągalność” jest dużo skuteczniejsza. Podobnie wygląda to w Skandynawii. W Szwecji prawie nie do pomyślenia jest, by ktoś nie płacił abonamentu. Tam zdarzają się przypadki sąsiedzkich nacisków tych, którzy płacą, na tych, którym przydarzy się nie zapłacić. Społeczeństwa skandynawskie prezentują inną mentalność, inny poziom wyrobienia obywatelskiego. Natomiast we Francji są pewne kłopoty z płaceniem abonamentu, ale mimo to misyjność mediów publicznych jest bardzo wysoka.

A u nas? – każdy widzi, jak jest.

„Ściągalność” wynosi ok. 30 proc. Znamy liczne głosy tych, którzy chcą płacić, ale przy okienku pocztowym mają poważne problemy – pracownicy poczty nawet nie wiedzą, jak przyjąć te pieniądze. Także znane są negatywne oceny programów misyjnych; nawet teatr telewizyjny jest mocno skomercjalizowany, choć w ostatnim czasie widać pewną poprawę. Nasze media publiczne nie mają szansy podniesienia ilościowego i jakościowego poziomu programów bez zwiększenia bazy finansowej.

Przejdźmy zatem do odbytego ostatnio 4-tego seminarium młodych medioznawców z kilku uczelni państwowych i kilku najbardziej znanych uczelni prywatnych. Liczę - prawie czterdzieści wystąpień w panelu głównym i trzech sekcjach problemowych - jak Pani doktor ocenia ich wagę informacyjną i problemową?

Z roku na rok wystąpienia są coraz ciekawsze. Tematyka jest bardzo różnorodna, a poziom wystąpień wysoki. To pokazuje, że nasze środowisko medioznawców nie ma się czego wstydzić przed kolegami z ośrodków zagranicznych. Co więcej, badania, jakie przeprowadzają moi koledzy po fachu, świadczą o szerokim spektrum zainteresowań. Obejmuje ono już nie tylko kraje europejskie lub państwa, gdzie językiem urzędowym jest angielski, niemiecki bądź rosyjski, ale interesujemy się także Japonią, Chinami, a nawet systemem prasowym Tadżykistanu.

Czy Internet, to groźba tsunami dla mediów tradycyjnych?

Nie nazwałabym tego tsunami. Dopóki istnieją nabywcy gazet, a w moim pokoleniu trzydziestolatków istnieją, nie mówiąc już o ludziach starszych, to gazety i periodyki nie znikną; natomiast zmienią swój charakter, staną się „towarem” elitarnym. Jest faktem, że prasa papierowa przeżywa pewien kryzys, który jednak nie zakończy się jej upadkiem. Pokazuje to znamienny przykład amerykańskiego wydania Newsweeka – jak wiemy, ten tygodnik nie tak dawno przestał się ukazywać w wersji papierowej i nieoczekiwanie znowu się pojawił.

Rozwój Internetu w wymiarze technologicznym, jako forma przekazu, może jednak przypominać tsunami.

Ale to wcale nie znaczy, że stanie się katastrofą i pochłonie wielkie ofiary. Ludzie muszą dojrzeć mentalnościowo do Internetu, a na to potrzeba czasu. Pamiętamy - pewne wynalazki przewidział i opracowywał ich wstępne plany czterysta lat temu Leonardo da Vinci, zaś ich realizacja stała się faktem długo, długo, potem. Podobnie Internet jest w swojej wstępnej fazie. Na razie - czym on by był bez słowa drukowanego? - wynalazkiem technologicznym. Zaś treścią oraz formą medialną nie dorównuje prasie papierowej i nie wiadomo, czy kiedykolwiek dorówna. Czy błyskawicznie podawane informacje - przeważnie krótkie, niepogłębione, mogą konkurować z solidnym, prasowym komentarzem, artykułem publicystycznym, esejem, reportażem o charakterze literatury faktu? Powtórzmy - jeżeli w niedalekiej przyszłości za treści podawane w Internecie trzeba będzie płacić, to myślę, że część czytelników wybierze je podawane w tradycyjnej, papierowej, formie.

Mówiła Pani o tym na przykładzie francuskiego systemu medialnego.

Przykład dziennika Le Monde pokazuje, jak różny jest jego poziom merytoryczny w tradycyjnej wersji papierowej od wersji internetowej. Tę drugą przygotowują nie profesjonalni dziennikarze, lecz tzw. media workerzy – bardzo młodzi ludzie, którzy weszli do mediów bez uniwersyteckiego wykształcenia, a którym doświadczeni dziennikarze odmawiają nawet prawa do nazywania się autorami. Elektroniczna wersja artykułów tego renomowanego francuskiego dziennika jest przygotowywana pod konkretne tezy, sugerowane przez operatorów i na ich wyraźne zamówienie. Tam nie znajdzie się autorskich, pogłębionych tekstów.

Jest to zatem amatorszczyzna dziennikarska?

Niby nie amatorszczyzna, bo tę w największym stopniu prezentuje znaczna część tzw. dziennikarstwa obywatelskiego.

Panelista z Uniwersytetu Śląskiego, prof. Zbigniew Oniszczuk, informował, że również papierowe wydawnictwa niemieckie „trzymają się mocno”.

Prawie wszystkie najpoważniejsze dzienniki mają tam wersję elektroniczną, ale ta nie wypiera papierowej. Badania pokazują, że zaufanie czytelników właśnie do niej jest dużo większe niż do wersji elektronicznej. Tam tradycyjne nakłady gazet wcale nie spadają. Dużą rolę odgrywa i cieszy się uznaniem czytelników prasa poszczególnych landów. Na pierwszych trzech stronach drukuje ona informacje i obszerniejsze materiały o problematyce lokalnej, autorstwa własnych dziennikarzy, zaś na kolejnych kolumnach są zamieszczane najciekawsze materiały zakupione w redakcjach ogólnoniemieckich tytułów.

Także Marian Gierula, profesor ze Śląska, przekonywał, że w jego regionie jest faktem konsolidacja tradycyjnych mediów publicznych – prasy, radia i telewizji. Zaufanie do nich jest cztero-pięciokrotnie większe niż do Internetu. Ciekawe, że Ślązacy wolą też osobiste porozumiewanie się między sobą, niż fora internetowe i nowe formy komunikacji elektronicznej.

Tu decydują lokalne tradycje kulturowe i obyczajowe.

Żywe reakcje panelistów i dyskutantów wywołała sprawa zarządzania Internetem i kontroli jego treści. Kontrowersję wzbudzają zderzające się ze sobą dwie tendencje - globalizacyjna i narodowościowa.

Trudno prorokować, która z nich zwycięży. Internet jest medium globalnym – tu nie ma dwóch zdań. Ale w takim wymiarze niełatwo przeciwdziałać jego zagrożeniom. Trudno jest też wprowadzić nowe, konieczne regulacje, zadawalające wszystkich. Pierwsza z nich ma charakter prawny – chodzi o przeciwdziałanie piractwu, czyli bezpłatnemu ściąganiu cudzych utworów np. filmowych, czy muzycznych. Druga – to kwestia anonimowości wypowiedzi i bezkarnego nadużywania wolności słowa, które coraz powszechniej sprzyjają anarchizacji wielu dziedzin życia. Tu wyłania się trzecia kwestia – potrzeba kontroli autorstwa przekazywanych treści i dostępu do nich. Obecnie funkcjonuje amerykański system kontroli ICAN, ale on dla Europy wydaje się coraz mniej przydatny. Coraz głośniej mówi się o potrzebie stworzenia w ramach Unii Europejskiej własnego systemu kontroli. Nie jest to jednak łatwa sprawa – przykład: we Francji w roku 2009 powstała Agencja HADOPI, która miała na celu właśnie badanie i kontrolowanie rynku internetowego. Chodziło głównie o zapobieganie kradzieży praw autorskich. Ustawa okazała się jednak niezgodna z francuską konstytucją i pani minister kultury i komunikacji postanowiła zamknąć działalność Agencji.

Jeżeli mówimy o ścieraniu się tendencji globalistycznycvh z narodowymi – to zapytam o Pani ocenę funkcjonowania wolności obywatelskich w naszym, polskim Internecie, w którym fala dowolności, sobiepaństwa, chamstwa i bezkarności przybiera na sile.

Wydaje mi się, że nasze przepisy prawne w tej materii są dobre. Natomiast szwankuje kontrola ich przestrzegania. Ci, co się zajmują śledzeniem przestępczości internetowej, funkcjonariusze policji narzekają na słabą jakość technologiczną urządzeń kontrolnych oraz małą liczbę kontrolerów.

A co powiemy o obowiązkach kontrolnych operatorów portali internetowych, którzy mają obowiązek usuwania przestępczych, karygodnych komentarzy na forach internetowych?

Chyba nieco lepiej, niż jeszcze rok, czy dwa lata temu, wywiązują się z tego obowiązku. Ale słyszałam niedawno, że jeden z portali zatrudniał studentów do tendencyjnego, ostrego komentowania zawieszanych materiałów po to, by podnosić temperaturę dyskusji, przeradzać ją w kłótnię, obrażać ludzi i w ten „prosty” sposób zwiększać liczbę wejść, czyli popularność materiału, co generowało zainteresowanie potencjalnych reklamodawców i zwiększało zyski finansowe. A jakie to przynosi straty? – wszyscy widzimy i słyszymy na co dzień.

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl