Czy wielka, opiniotwórcza gazeta prawnicza, jaką Pani kieruje, miewa sprostowania, a może i procesy?
Miewa sprostowania, a nawet procesy, również po tekstach o charakterze prawnym. W zeszłym roku wygraliśmy taki proces.
Czego dotyczył?
Przedziwna sytuacja. Szef jednego z urzędów najpierw wystąpił o sprostowanie. Uznał, że przekłamaliśmy ich dane ze sprawozdania rocznego. Naszym zdaniem nie musieliśmy przepisywać dokładnie sformułowań z raportu, użyliśmy języka potocznego, bardziej zrozumiałego dla czytelnika. Ponadto rozrzuciliśmy dane na tekst. Odmówiliśmy publikacji sprostowania. Oni się z tym nie zgodzili, poszli do sądu i przegrali.
Jak Pani sądzi, dlaczego zdecydowali się na proces z gazetą zatrudniającą wielu prawników?
Dopatruję się w tym względów psychologicznych, ale nie chcę o tym mówić, to są domysły. Już po pierwszej rozprawie wiedziałam, że wygramy. Może chcieli zmusić nas do używania języka raportów i sprawozdań? Trudno przewidzieć, co urzędnikom chodzi po głowie. Ale mamy też sprostowania i procesy - głównie o ochronę dóbr osobistych - po publikacjach na stronach białych, nieprawniczych, i w magazynie. Nie przegraliśmy jednak żadnej sprawy, odkąd kieruję tą gazetą.
Wielcy wydawcy radzą sobie z procesami, stać ich na adwokatów, mają silne zaplecza finansowe. Największym zagrożeniem wolności wypowiedzi dla gazet powiatowych jest nękanie pozwami o zniesławienia. Procesy są uciążliwe ze względu na czas, koszty dojazdów i wynagrodzenia prawników. Jak mają sobie z tym radzić?
O Jezu! Ludzie obrażają się na publikacje nie tylko na poziomie lokalnym, także - ogólnokrajowym. Na nas także , bo nie zgadzają się z tezami czy treścią tekstów. Nam jest o tyle łatwiej, że mamy do dyspozycji prawników i rezerwy finansowe na ewentualnie przegrane procesy. Tak sobie myślę, że dla lokalnych wydawców najlepszym sposobem byłoby utworzenie funduszu. Z niego pokrywaliby koszty ewentualnie przegranych procesów. Bo zwykle jeden wydawca nie dysponuje ogromnym majątkiem.
Często są to gazety rodzinne, bez wielkiego kapitału.
Żeby wzmocnić swą siłę ekonomiczną wydawcy powinni się połączyć. Utworzyć fundusz, wpłacać składki. Czuliby się bezpieczniej. Teraz przegrany proces może dla nich oznaczać śmierć rynkową. Nie widzę innego rozwiązania. Ponadto wydawca powinien działać rozsądnie, publikować materiały bardzo dobrze udokumentowane, aby mieć pewność wygranej w sądzie. Ale nie zawsze też da się przewidzieć orzeczenie sądu. Mimo przekonania, że wygraną ma w kieszeni, może przegrać, jeśli druga strona będzie miała dobrego adwokata.
Współczuje Pani „Kurierowi Słupeckiemu”, jak śledzi jego procesy z wicemarszałkiem Sejmu, Eugeniuszem Grzeszczakiem?
Bardzo im współczuję. Żeby unikać procesów, musieliby nie poruszać tematów drażliwych, niekontrowersyjnych, nie dotykających problemów lokalnych włodarzy i biznesu. Ale po co w takim razie zakładać taką gazetę? To by się mijało z celem. Doskonale rozumiem wydawcę „Kuriera Słupeckiego” i nie zazdroszczę , bo zderzył się …
… niemal ze strukturą państwa.
Z ogromną siłą polityczną, jej zapleczem, wręcz państwem. Zważywszy na to, co się w Polsce dzieje z wymiarem sprawiedliwości, z góry skazany był na porażkę. Mimo tego, że zajmowały się tym media ogólnopolskie. My także. To w niczym nie pomaga. „Kurier Słupecki” przegrywa. Mam nadzieję, że nie będzie to dla nich oznaczało bankructwa, bo wiem, że za tym procesem poszło wycofanie się reklamodawców. Mają kłopoty biznesowe.
Na zapleczu, na tort reklamowy, czyha gazeta syna wicemarszałka.
Wiem. Nie mam pomysłu na to, jak ich wesprzeć. Nic pozytywnego po publikacjach w ich obronie się nie zadziało. Co można więcej zrobić? Oprotestować się w obronie „Kuriera Słupeckiego”?
Dziesięć lat temu w obronie Andrzeja Marka, redaktora naczelnego "Wieści Polickich", dziennikarze zamykali się w klatce przed Sejmem.
Ale i tak ten naczelny poszedł za kratki.
A co by Pani zrobiła w takiej sytuacji: niedawno „Moja Gazeta” w Żarach dostała wezwanie do zaniechania naruszenia dóbr osobistych, chociaż nie napisała o lokalnym biznesmenie ani zdania. Ba, nawet nie pomyślała o takiej publikacji.
Odpisałabym, że nie nastąpiło naruszenie dóbr osobistych, więc nie widzę powodu do tego, aby cokolwiek zaniechać. To jest zastraszanie, aby tekst się nie ukazał, częsta praktyka także na poziomie ogólnopolskim. Niektóre osoby wysyłają pisma lub telefonują, argumentując: jeśli opublikujecie tekst, naruszycie moje dobra osobiste i pójdę do sądu. To mnie przed publikacją nie powstrzymuje.
Wręcz przeciwnie.
Nie znoszę sytuacji, ktoś próbuje coś na mnie wymusić. Taki argument wzbudza we mnie ogromny opór, nie skłoni mnie do tego, by stchórzyć, bo szczególnie cenię sobie niezależność gazety. W takiej sytuacji zachowuję się dokładnie odwrotnie. Mówię: a właśnie, że opublikujemy. Ale na wypadek sporu sądowego muszę być bardzo dobrze przygotowana dowodowo.
Wiele osób, obrażając się, sięga po słynny artykuł 212 kk. Od lat środowisko wydawców i dziennikarzy walczy o jego usunięcie. Niemal wszyscy politycy deklarują, że poprą te starania, ale kiedy dochodzą do władzy, zapominają o deklaracjach. Jaka jest faktycznie szansa na wyrzucenie 212 z kodeksu karnego?
Moim zdaniem szanse są nikłe. Rozmowy toczą się od dawna. Ze spotkań z ministrem sprawiedliwości, ostatnio Jarosławem Gowinem, wychodziliśmy z niczym.
Gdzie jest rzeczywisty opór?
Dla władzy jest to instrument kontroli dziennikarzy, kneblowania im ust. Tak to postrzegam. Z tego przepisu korzysta też biznes i celebryci.
Naczelna Rada Adwokacka przyznała Pani nagrodę Złotej Wagi. Duże zaskoczenie? Zwykle to Pani zasiada w kapitułach i przyznaje nagrody.
Dokładnie (śmiech). Byłam tak zdumiona, że pomyślałam: matko, a za co ja dostaję tę nagrodę? Zwykle sama wpływam na to, kto dostaje nagrody, w tym dziennikarskie. Z zainteresowaniem przeczytałam krótkie uzasadnienie. Naczelna Rada Adwokacka doceniła filozofię, jaką się kierujemy w „Dzienniku Gazecie Prawnej”. Pod logotypem wpisaliśmy hasło: „Patrzymy obiektywnie, piszemy odpowiedzialnie”. To jest branie odpowiedzialności za słowo.. Czasami to może wydawać się nudne, ale to czytelnik powinien ostatecznie oceniać przedstawione fakty. To nie my mamy mu wskazywać, co ma myśleć i jakie wyciągać wnioski.
