Przy ilu wizytach papieskich w Polsce pracowałaś?
Chyba przy wszystkich po roku 1989. Głównie dla radia, ale miałam też zabawny epizod telewizyjny.
No to pierwsza Twoja dziennikarska papieska pielgrzymka była w 1991.
Pielgrzymka była dwuczęściowa. Tydzień w czerwcu i sierpniu. W czerwcu Papież nie odwiedził Krakowa, ale był w Przemyślu, a ja pojechałam tam robić reportaż o sporze o katedrę. Grekokatolicką katedrę przejętą przez Karmelitów okupowali wtedy miejscowi katolicy odmawiając jej zwrotu grekokatolikom. Okupujący wygrali i ostatecznie grekokatolicy otrzymali kościół garnizonowy i to tam odbyła się msza papieska. Byłam w Przemyślu z mężem, który pisał korespondencje dla Tygodnika Powszechnego, ale żadne z nas nie miało nawet akredytacji.
To były dla rosnących jak na drożdżach wolnych mediów w Polsce dość pionierskie czasy.
No właśnie. Wiele rzeczy robiło się na wariackich papierach. Mieliśmy jedynie obiecane przez lokalnego kanonika wejściówki na mszę papieską. Udaliśmy się po nie do niego na plebanię. To były właściwie dwa małe pokoje. Równocześnie zjawił się tam bp Martyniuk i tak dość nieoczekiwanie zjedliśmy kolację z głową kościoła greckokatolickiego w Polsce. Po popołudniowej mszy Papież pojechał do Lubaczowa, a my powinniśmy pojechać za nim ale nie mieliśmy samochodu…
Korespondent Tygodnika i korespondentka publicznego radia bez akredytacji i samochodu na papieskiej pielgrzymce?
No właśnie. Tak to wyglądało. Wpadliśmy na pomysł zwrócenia się o pomoc do wojewody przemyskiego, którego znaliśmy. Skończyło się na tym, że do Lubaczowa dotarliśmy transportem Urzędu Ochrony Państwa. Tam z kolei burmistrzem był inny nasz znajomy, który załatwił nam wejściówki na kolejną mszę papieską. Oczywiście musieliśmy jeszcze wpaść do „polowego” centrum prasowego. Tam Adam na maszynie wystukał tekst do Tygodnika i wysłał go przy pomocy ówczesnego cudu techniki czyli faksu, a ja mogłam nadać telefoniczną relację dla radia, bo przecież o żadnych komórkach nie było jeszcze w tedy mowy. Pełna partyzantka. Do centrum prasowego to wtedy po prostu każdy z ulicy mógł sobie właściwie tak po prostu wejść.
Potem już zawsze Papież odwiedzał Kraków, a jego pobyt w mieście Radio Kraków starało się skrzętnie śledzić.
Tak. Dla regionalnego radia papieskie pielgrzymki to było zawsze spore logistyczne wyzwanie. Tzw. dźwięk międzynarodowy przechodził przez amplifikatornię naszego radia, co oznaczało i pewną odpowiedzialność, ale i łatwy dostęp do niego. Natomiast inne problemy już tylko rosły. Na szczęście pojawiły się satelitarne wozy transmisyjne i komórki.
Dobrze je pamiętam. Te pierwsze komórki miały wielkość małej walizki i odpowiednią wagę.
I bez przerwy trzeba je było ładować. Na dodatek większa ich ilość na małej przestrzeni w połączeniu z nagromadzeniem środków łączności BOR-u i innych służb powodowało, że przestawały działać. Reporterzy tracili łączność z newsroomem, a newsroom z nimi. Niemniej chyba już podczas następnej pielgrzymki w 1997 udało nam się relacjonować przejazdy JP II przez miasto tak dokładnie, że precyzyjnie rozstawieni wcześniej na trasie reporterzy przekazywali go sobie z rąk do rąk. Słuchacz mógł mieć wręcz wrażenie uczestnictwa w tym wydarzeniu.
Relacjonowałaś mszę na błoniach w roku 1999. To była msza papieska, która odbyła się jednak bez Papieża na skutek jego niedyspozycji.
Tak. Plotki o papieskim upadku dotarły na tzw. dziennikarską zwyżkę dość wcześnie, ale nie dawaliśmy temu wiary. Ostatecznie potwierdził to osobiści papieski rzecznik Nawarro-Valls. Msza się odbyła, więc oczywiście transmisja też. Dwie i pół godziny celebry, a przez cały czas lało jak z cebra. Wszystko co mieliśmy nieprzemakalne użyliśmy do osłonięcia sprzętu, a sami byliśmy przemoczeni do suchej nitki. Dodatkowo pod koniec mszy wykonałam jakiś nieopatrzny gest i cała woda, która zebrała się w zagłębieniu folii przykrywającej stół mikserski wylała się na mnie, zalewając przy okazji moją komórkę. Po mszy zostawiłam naszego technika, który zwijał sprzęt, a sama mokra, zmęczona, głodna, bez transportu i bez żadnej łączności z redakcją wyszłam na al. 3 Maja ciągnącą się wzdłuż Błoń. Tam natknęłam się na bp Nycza, który umieścił mnie w autobusie przeznaczonym dla… biskupów. Tak oto wróciłam do centrum miasta będąc jedyną kobietą w autobusie wypełnionym purpuratami.
Wspomniałaś o epizodzie telewizyjnym. Co to było?
A to już nie była pielgrzymka JP II. ale Benedykta XVI. Nawarro-Valls miał zwyczaj organizowania konferencji prasowych tuż po mszach papieskich. Nie wszyscy dziennikarze zdążali na czas się przemieścić. Ja dotarłam w porę i wyposażyłam się w słuchawki z tłumaczeniem. Kolega z TV przyjechał później i zabrakło dla niego słuchawek. Miał tzw. międzynarodowy dźwięk, ale bez tłumaczenia. Mógł zaproponować więc widzom jedynie wersję oryginalną czyli po włosku. Ponieważ ja na potrzeby anteny Radia Kraków na bieżąco relacjonowałam wypowiedzi watykańskiego rzecznika, więc telewizyjny dziennikarz podstawił mi swój mikrofon i tak „uratowałam” telewizyjną antenę. Telewizory były bardzo miłe. Nie tylko podziękowali, ale też wypłacili mi honorarium.
Jak wygląda życie na tzw. zwyżce czyli rusztowaniu dla dziennikarzy?
Żeby trafić na zwyżkę nie wystarczy akredytacja. Trzeba jeszcze mieć tzw. pool. Na dodatek nie można tam nawet dotrzeć indywidualnie. Wszyscy zjawiają się w centrum prasowym, czasami na 3-4 godziny przed mszą i dalej jadą specjalnymi autobusami. Zwyżka przeważnie ma dwa piętra. Na górnym kamery TV i fotoreporterzy. Niżej dziennikarze radiowi i czasami prasowi. Towarzystwo raczej solidarne. Dziennikarze starają się sobie pomagać. Nastrój panuje dość swobodny. Ponieważ uroczystości bywają długie, a stawiać się trzeba na długo przed ich rozpoczęciem, to często się zdarza, że ktoś, nawet podczas mszy podjada kanapkę, pije kawę, a palacze gdzieś z tyłu znajdowali nawet jakieś miejsce na palarnię. Uderzyły mnie dwie rzeczy. Nigdy nie widziałam, żeby do kogokolwiek odzywali się dwaj księża stanowiący ekipę Radia Maryja, a druga sprawa to kwestia strojów. Na jednym biegunie polscy kamerzyści ubrani w lecie dość swobodnie, jak na safari, a na drugim biegunie ekipy włoskie zawsze w garniturach, jasnych koszulach i pod krawatami. Co kraj to obyczaj. W tym wypadku ten włoski bardziej mi odpowiada.
