Ewa K. Czaczkowska, dziennikarka i historyk z wykształcenia, adiunkt w Instytucie Edukacji Medialnej i Dziennikarstwa UKSW. Założycielka portalu Areopag21.pl - Rozmowy o Bogu, wierze i religii. Autorka książek, w tym biografii o ks. Popiełuszce, prymasie Wyszyńskim i św. Siostrze Faustynie. Jest pierwszą laureatką Nagrody dziennikarskiej im. Biskupa Jana Chrapka „Ślad”, odznaczona złotym medalem Jana Pawła II za zasługi dla archidiecezji krakowskiej, laureatką trzech Feniksów – nagród przyznawanych przez Wydawców Katolickich. Była dziennikarką „Rzeczpospolitej”, gdzie przez 17 lat pisywała o Kościele i religii.

Relacjonowałaś wiele pielgrzymek Jana Pawła II do Polski, ale i po świecie. Jakie miałaś dziennikarskie przygody?

Owszem, niejedną. Ale chyba najbardziej niesamowite było dla mnie spotkanie z papieżem 9 czerwca w 1999 roku w domu wielodzietnej rodziny rolników Bożeny i Stanisława Milewskich w Leszczewie niedaleko Wigier.

Jan Paweł II miał dzień odpoczynku w kompleksie byłego klasztoru Kamedułów. Z jego apartamentu rozpościerał się widok na jezioro wigierskie.

Dziennikarze w Warszawie też mieli mieć dzień wypoczynku.  Rygory akredytacji w volo papale były takie, że mimo iż mieszkam w Warszawie, musiałam spać w hotelu Sofitel Victoria przy placu Piłsudskiego. Późnym wieczorem wypiłam do kolacji dwie lampki wina, rozprężyłam się, bo kolejny dzień miał być wolny. Pojechałam do domu.

W nocy wyrwał cię ze snu telefon.

Dobrze, że miałam włączony. Było po pierwszej w nocy, gdy zadzwonił  Marcin Przeciszewski, prezes Katolickiej Agencji Informacyjnej. „Jeśli chcesz się spotkać z papieżem, musisz być o siódmej rano w Augustowie”. Byłam totalnie zaskoczona, ale odpowiedziałam krótko: „Tak, jasne, chcę”. Nie wiedziałam jeszcze, co to będzie. Zadzwoniłam do mojego szefa w „Rzeczpospolitej”, by załatwić wyjazd z redakcyjnym kierowcą. Wypiłam przecież dwie lampki wina, nie mogłam prowadzić…

Zadzwoniłaś do szefa działu politycznego, Krzysztofa Gottesmana?

Tak, na szczęście odebrał telefon. W głębokiej nocy wyruszyliśmy do  Augustowa. Po drodze wymyśliłam pytania do papieża, bo myślałam, że skoro Marcin mówił o spotkaniu, to może będzie to wywiad!  Byliśmy w Augustowie na czas, przesiadłam się do innego czekającego samochodu. Pędziliśmy przez jakieś polne drogi, gubiąc się, gdy dojechaliśmy do domu państwa Milewskich papież siedział już za stołem. Obok niego arcybiskup Stanisław Dziwisz. Zaledwie kilku dziennikarzy. Ojciec Święty rozmawiał z domownikami zwyczajnie, jak z kimś kogo zna, a dawno nie widział. Pytał o życie codzienne. Miał już jednak słaby głos, docierały do nas strzępy słów, abp. Dziwisz powtarzał pytania. Nagrywałam wszystko na magnetofon. Mam do dziś tę taśmę z zapisem głosu papieża. Zdjęcia z tego spotkania zrobił moim aparatem ks. Andrzej Koprowski z Radia Watykańskiego, i te zdjęcia ilustrowały tekst w „Rzeczpospolitej”.

Jak się czułaś?

Źle. I nie dlatego, że siedziałam na podłodze, by złapać na magnetofon słowa papieża,  ale dlatego, że  założyłam jedwabną sukienkę i buty na obcasie… Było mi potwornie głupio. A jednocześnie byłam zauroczona tą chwilą, tym miejscem, tą rodziną i – przede wszystkim – papieżem, który zrezygnował z wypoczynku, by pokazać swoją solidarność z ludźmi, o których mówił dzień wcześniej w Ełku – z ludźmi potrzebującymi naszej solidarnej pomocy.   

To było w Polsce. Ale towarzyszyłaś też Karolowi Wojtyle w pielgrzymkach zagranicznych. Latałaś na pokładzie papieskiego samolotu volo papale.

Drugą przygodę zawodową miałam w Ziemi Świętej, w Nazarecie w czasie papieskiej pielgrzymki w 2000 roku. Były wielkie obostrzenia z powodu napięć między Żydami i Arabami, a szczególnie w Nazarecie, gdzie  muzułmanie chcieli postawić meczet  nieopodal Bazyliki Narodzenia Najświętszej Marii Panny, w dodatku przewyższajacy ją. Do Nazaretu nie wpuszczano dziennikarzy, nie miałam akredytacji na tę część pielgrzymki, ale pomyślałam, że muszę tam być. W moim hotelu, 5 km od Nazaretu, mieszkała grupa biskupów z Europy Zachodniej. Mieli autokar , spytałam, czy mogę się z nimi zabrać. Po drodze mijaliśmy posterunki  żołnierzy z długą bronią. Biskupi wysiedli w centrum Nazaretu, mieli przewodnika, który prowadził ich bocznymi ulicami obstawionymi żołnierzami. Poszłam z nimi albo raczej za nimi, choć w pewnym momencie przewodnik zaczął mi się dziwnie przyglądać. Dotarliśmy na dziedziniec bazyliki, oni skierowali się do zakrystii. Tam już nie mogłam wejść (śmiech), więc skierowałam się do głównych drzwi. Ochroniarze stali po obu stronach wejścia, sprawdzali wchodzące osoby, które  miały zaproszenia imienne. Ja nie miałam nic, tylko ogólną akredytację na Izrael. Pomyślałam: Ryzykuję, ale wchodzę. Przeszłam pewnie środkiem drzwi wejściowych. Nikt mnie nie zatrzymał, o nic nie zapytał. Było mi gorąco! Stanęłam w bazylice, gdzie za chwilę miała się odbyć msza koncelebrowana przez Jana Pawła II. Wszyscy siedzieli, ja stałam, było mnie więc widać, dlatego poprosiłam ochroniarza, aby podał mi krzesło. Bez zaproszenia i bez akredytacji znalazłam się w samym centrum najpilniej strzeżonego w tym czasie miejsca w Izraelu. Przyszła mi do głowy potworna myśl: może weszłam tam dlatego, że nie chciałam dokonać zamachu …

Czy udało ci się kiedykolwiek uzyskać na wyłączność wypowiedź Karola Wojtyły?

Raz zacytowałam słowa błogosławieństwa. Nic więcej. Leciałam w volo papale. Na pokładzie samolotu dopuszczono do papieża dziennikarzy, którzy nie mieli jeszcze z Ojcem Świętym zdjęcia. Ale to spotkanie trwało sekundy.

Nie starałaś się o wywiad?

„Rzeczpospolita” starała się, ale nie było takich możliwości.

Z powodu silnej biurokracji watykańskiej czy braku woli Karola Wojtyły? Przecież udzielił kilku wywiadów.

To prawda, było ich raptem kilka, ale nie w Polsce. Takiego zaszczytu nie dostąpiła nawet żadna polska gazeta katolicka.

Był wyjątek. 3 sierpnia 1980 roku dał wywiad „Tygodnikowi Powszechnemu”. Potem tę szansę dostało jeszcze włoskie „Il Tempo”.

Może słabo się staraliśmy?

Jak pracowałaś podczas pielgrzymek? Jaki był twój warsztat dziennikarski?

Niedawno na przykładzie papieskich pielgrzymek uświadomiłam sobie jak w ciągu zaledwie 11 lat zaszły ogromne zmiany techniczne wpływające silnie na naszą pracę. Kiedy w 1991 roku obsługiwałam papieska pielgrzymkę wyglądało to tak, że po mszy świętej dziennikarze wpadali do centrum prasowego i wedle zasady „kto pierwszy, ten lepszy” zajmowali telefony. „Rzeczpospolita” była wtedy dość bogatą redakcją i rezerwowała aparat na wyłączność. Dzięki temu bez stania w kolejce mogłam przedyktować tekst przez telefon lub wysłać go faksem. W 1995 albo 1997 roku, tego nie jestem już pewna, z zawodową zazdrością patrzyliśmy na zachodnich dziennikarzy, którzy na zwyżkach mieli laptopy. A w czasie ostatniej papieskiej pielgrzymki do Polski, w 2002 roku, centrum prasowe już właściwie nie było potrzebne. Wszystko miałam w Internecie, a Internet w laptopie, do tego telefony komórkowe. Ale nieraz w czasie obsługiwania papieskich podróży miewałam problemy natury technicznej, np. z łączeniem się  przez bluetootha. Czasem trwało to dłużej niż pisanie tekstu. Jestem kompletnie atechniczna (śmiech).

Filozof prof. Mirosław Karwat mówi, że "politycy doprowadzają autorytet Jana Pawła II do karykatury”. A czy polscy dziennikarze radzą sobie ze świętością Karola Wojtyły?

Jest z tym różnie. Wielu z nas, dziennikarzy, ma z tym problem. Często zatrzymujemy się na tym, co jest bardzo powierzchowne: co się dzieje, gdzie, jak, ile będzie, kiedy będzie itd. Zdecydowanie rzadziej sięgamy w głąb papieskiej myśli, bo to jest znacznie trudniejsze. Papież w mediach, ale mam poczucie, że i  w życiu publicznym – bo nie indywidualnym tysięcy Polaków -  jest obecny tylko od rocznicy do rocznicy, od beatyfikacji do kanonizacji. Nie ma natomiast odnoszenia się do jego nauczania w debacie publicznej, z wyjątkiem ochrony życia nienarodzonych.

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl