Wierzysz, że byłego szefa polskiej policji generała Marka Papałę zamordował złodziej jego leciwego daewoo espero, złapany przypadkowo na gorącym uczynku? W czerwcu minie 18 lat, a nadal nie znamy odpowiedzi na to pytanie.
Wierzę, że śmierć generała Papały nie musiała być finałem skomplikowanego spisku na najwyższych szczeblach przestępczości zorganizowanej. Pewnie nie myślałabym o tym w ten sposób gdyby nie to, że na konferencji prasowej łódzkiej prokuratury – kiedy po raz pierwszy przedstawiono wersję z „Patykiem” – miejsce obok prokuratora zajmował Marek Dyjasz. To bezapelacyjnie jeden z najlepszych w Polsce policjantów do spraw zabójstw, szkoda, że już emerytowany. Nigdy nie politykował, nie konfabulował i nie brylował w mediach. Robił swoje bez rozgłosu, rzetelnie do bólu. Taki polski „Colombo”. Jego twarz – w moim odczuciu – firmowała i uwiarygodniała wersję śledczych z Łodzi.
Wcześniej historia w Polsce nie znała przypadku, aby złodzieje aut zabijali właścicieli.
Wcześniej historia nie znała przypadku, żeby matka zamordowała niemowlę i nabrała całą Polskę, że jej dziecko zostało porwane. Zawsze kiedyś jest ten pierwszy raz (śmiech).
Gang „Patyka” nie kradł nigdy daewoo, tylko luksusowe, drogie marki.
I co z tego? Złodziej samochodowy taki jak „Patyk” to nie Arsen Lupin w białych rękawiczkach, ale bandyta, a bandyci noszą broń, której czasami używają. Myślę sobie, że na miejscu zbrodni mogły być w tym samym czasie dwie ekipy: ta z zawodowym killerem i złodziejem. Niemożliwe? Dlaczego nie? Ale to poważna sprawa, niech się głowią nad nią mądrzejsi ode mnie.
Rozmawiałaś z wieloma gangsterami. Czy ich wypowiedzi można uznać za wiarygodne?
Gangster to też człowiek, czasami się zagalopuje i bywa szczery (śmiech). W bezinteresowną szczerość bohaterów „naszych bajek” niespecjalnie wierzę, chociaż zdarzają się wyjątki.
Czy nie ściemniają, nie manipulują dziennikarzami?
Jasne, że to robią! Naiwnością byłoby sądzić, że jest inaczej. Dziennikarze mogą przecież przedstawić ICH prawdę, w którą policja, prokuratura i sądy nie chciały lub nie chcą uwierzyć. I nie zawsze jest to ściemnianie. Oboje z Piotrem (Pytlakowskim – red.) wysłuchaliśmy wiele zapierających dech w piersiach historii z ludzkimi dramatami na pierwszym planie. Przypadek niewinnego człowieka skazanego w Gdańsku na dożywocie (rzekomego killera „klubu płatnych zabójców”), który odsiedział w celi 12 lat - nie jest odosobniony.
Który z nich najbardziej cię zaskoczył szczerością wypowiedzi, siłą prawdy?
Piotr R., niegdyś uciekinier z gangu Oczki, któremu w Szwecji zabito narzeczoną, 21-letnią Monikę Hansson. To on był celem. Dostał kulę w brzuch, udawał martwego i dzięki temu przeżył. Piotr dobrze znał zabójcę, ale nie chciał go wydać śledczym. Minął ponad rok zanim powiedział prawdę. Strach był silniejszy, niż pragnienie sprawiedliwości. Widziałam się z nim w więzieniu, po ekstradycji ze Szwecji. Był wrakiem człowieka. Przekazano mu gryps z ostrzeżeniem, że ktoś dosypie mu truciznę do jedzenia. A on był oskarżycielem posiłkowym w sprawie przeciwko zabójcy, miał misję, by posłać go na dożywocie. Nie mógł się tak po prostu wybrać na tamten świat. Opowiedział mi wtedy o swojej tęsknocie za Moniką, o swoich snach i o tym, dlaczego mafia wydała na niego wyrok.
Jaka jest nowa generacja polskich gangsterów, nowy „zarząd” Pruszkowa?
Nie wiem, czy w ogóle jest jakiś „zarząd”. Słowik i Wańka są na wolności. Chociaż mają już swoje lata i żaden z nich nie nosi pieczątki prezesa zarządu „Pruszkowa”, to nie sądzę, aby ktoś im podskoczył. Bedzio z grupy ożarowskiej, wychowanek Pershinga, też jest już wolnym człowiekiem i byle komu się nie kłania. Tylko idiota chciałby mieć w nim wroga.
Czy stare gangi (Wołomin, Pruszków) nie powiedziały jeszcze przypadkiem ostatniego słowa? Wszak wyroki były łagodne.
Z czegoś trzeba żyć. Kiedyś to były przemyty, porwania dla okupu i haracze ze Starówki. Teraz nie trzeba do siebie strzelać i podkładać bomb. Pieniądze leżą na ulicy i podobno jest ich tyle, że dla wszystkich wystarczy. Paliwa i papierosy z lewej krajanki to niezły interes. Kantowanie Skarbu Państwa też, choćby na handlu stalą. Ci najsprytniejsi manipulują akcjami na giełdzie dzięki poufnym informacjom (tzw. insider trading). Przestępcom bliżej teraz do salonów niż siłowni. Niektórzy rezydują w prawdziwych pałacach. Obrażają się, gdy mówi się o nich per „gangster”, kierują do sądów sprawy przeciwko dziennikarzom za wypominanie kryminalnej przeszłości. Okoliczności sprzyjają, bo policja jest jakoś mniej upierdliwa niż dawniej, skoncentrowana na kibolach… Dla nich nastały naprawdę ciekawe czasy.
Czy polscy politycy wyższego szczebla aniżeli minister (Jacek Dębski) mieli – lub mają – powiązania ze światem przestępczym?
„Powiązania” to pojęcie szerokie, a grunt grząski, zatem ograniczę się do jednego przykładu i wyłącznie relacji biznesowych, budzących moje zdziwienie. Przygotowując dla TVP reportaż o mafii na giełdzie dowiedziałam się, że w radzie nadzorczej firmy zarządzanej przez rekina gospodarczego, znanego jako „Pasza”, zasiadali czterej wytrawni politycy: były premier i wicepremier gospodarki – obaj z SLD, oraz wicepremier i minister rolnictwa z prawicowego rządu. Trudno mi uwierzyć, że panowie nie mieli pojęcia o wyroku „Paszy” za gigantyczne łapówki dla urzędników agencji mienia wojskowego i towarzyszących mu szwindlach przy wycenie państwowych gruntów.
A znasz przypadki dziennikarzy, którzy byli na usługach mafii? Mafiosi zwykle chwalą się, że mają swoich dziennikarzy. Twierdzą, że dają im informacje w zamian za łagodne, wybielające traktowanie w tekstach.
Przechwałki mafiosów to ostatnia rzecz, do jakiej chciałabym się ustosunkowywać.
Piotr Pytlakowski podał mi kiedyś przykład dziennikarza z Warszawskiego Ośrodka Telewizyjnego. „Nie wiem, czy był człowiekiem „Pruszkowa”, czy też „Pruszków” wykorzystał jego pozycję zawodową, znaną twarz i nazwisko przy promowaniu salonu gier „Zielone Bingo”, który gangsterzy chcieli uruchomić w Katowicach” - mówił. Wspomniał też dziennikarza, który został użyty do skompromitowania warszawskiego policjanta.
Sądy w całym kraju uniewinniały już wielu policjantów pomawianych przez bandytów, w tym – o zgrozo! - świadków koronnych. Jednym z nich był policjant z komendy stołecznej znany jako „Czacha”– najtrudniejszy przeciwnik dla gangów samochodowych w stolicy. Psuł złodziejskie interesy, rekwirował limuzyny z przebitymi numerami, hurtowo wsadzał ich za kratki. Nie trzeba było do niego strzelać, aby wyeliminować go z gry. Wystarczyło obrzucić błotem, pomówić o współpracę z konkurencyjnym gangiem i „Czachy” nie ma już w policji. Z „placu boju” trafił na plan filmowy, zaczął zarabiać jako statysta. Tak samo można obrzucić błotem (chciałabym użyć innego słowa) dziennikarza. Takiego, który otwarcie pisze lub mówi o mafii. Ostatnio spotkało to Sylwka Latkowskiego. Napisano, że w Szczecinie wznowiono śledztwo o podwójne zabójstwo i ma to związek z jego osobą. Chodzi o gangsterską egzekucję z połowy lat 90. Od kul zginął wtedy przestępca samochodowy Waldemar Suliga i jego dziewczyna Agnieszka Sagan. Sylwek znał Suligę, łączyły ich niejasne interesy, ale nie miał nic wspólnego ze zbrodnią! Sugerowanie związku dziennikarza śledczego z podwójnym zabójstwem jest moim zdaniem stokroć gorsze, niż zmasakrowanie mu twarzy kijem bejsbolowym.
