Od 13 lat radzisz czytelnikom „Rzeczpospolitej”, jak inwestować w dzieła sztuki. Co teraz najlepiej kupować? Obrazy, numizmaty, starodruki? Rzeźby czy fotografię artystyczną?
Po 25 latach wolnego rynku sztuki widać, że kupujemy tylko Polonika – polskie dzieła sztuki, przede wszystkim rzadkie pamiątki narodowe. Warto w nie inwestować, bo ich nie przybędzie, a w każdym pokoleniu budzić będą zainteresowanie. Wysokie ceny osiągają np. pasy kontuszowe polskiej szlachty. Sprzedają się nawet po 140 tys. zł przy cenie wywoławczej ok. 25 tys. Wysoko cenione są wybrane książki historyczne. Mimo kryzysu antykwariaty bibliofilskie mają niezmiennie wysokie obroty. Na przykład Lamus, który jako pierwszy wprowadził na aukcje pamiątki patriotyczne, m.in. związane z wielkimi Polakami. Wkrótce na aukcji pojawi się w Lamusie np. papierośnica Wojciecha Kossaka i dokumenty Chopina. Zawsze rekordowo sprzedają się rzadkie polskie numizmaty w idealnym stanie.
Ale na światowych giełdach na próżno szukać obrazów polskich mistrzów w rekordowych cenach.
Jesteśmy lokalnym rynkiem. Prawie wszystkie polonica, którymi handlujemy od 25 lat pochodzą z importu, ponieważ na terenie Polski ocalało niewiele dzieł sztuki lub antyków. Obrazy polskich mistrzów ściągane są do Polski ze świata, bo tylko tutaj osiągają przyzwoite ceny. Kilkanaście lat temu był taki moment, kiedy sądzono, że polski malarz, który robił karierę we Francji, Władysław Ślewiński (1854-1918), zostanie doceniony na rynkach zachodnich. Niestety świat nie szaleje za malarstwem artysty.
Tymczasem jego jedno z najlepszych dzieł –„Śpiąca kobieta z kotem” – ukazało się na okładce „Rzeczpospolitej”.
W 2012 roku na Warszawskich Targach Sztuki Rempex wystawił to płótno z ceną 4,6 miliona złotych. To była najwyższa cena za polski obraz, jakiej dotychczas żądano na wolnym rynku.
Zaledwie 9 lat wcześniej „Śpiącą kobietę z kotem” sprzedał Polswiss-art za 630 tys. zł. Jako prywatny depozyt płótno zawisło w Muzeum Narodowym w Warszawie, gdzie nabierało wartości. W 2005 roku kupił je syn jednego z najbogatszych Polaków. Plotki mówiły, że za równowartość miliona dolarów. Czy ekspozycja w muzeum, to jest sposób na podbijanie ceny?
Jeśli obraz wisi na galerii dobrego muzeum, to wszyscy widzą, że to jest wyjątkowe dzieło sztuki! Na ścianie w muzeum cena szybko rośnie.
W Polsce banki nie dają jednak pożyczek pod zastaw obrazów i nie inwestują w dzieła sztuki, jak to bywa na świecie. Polski rynek obrotu sztuką nie jest przejrzysty.
Od lat alarmują o tym prawnicy, którzy są kolekcjonerami. Nie ma w Polsce mechanizmu prawno-logistycznego, który pozwala sprawdzić czy podana po aukcji cena jest prawdziwa, czy transakcja została zawarta. Wielką bolączką naszego rynku jest to, że po niektórych transakcjach podawane są fikcyjne, zazwyczaj rekordowe ceny. Idą w świat i robią reklamę. Proceder ten dotyczy obrazów (nie dotyczy to aukcji numizmatów czy białych kruków). Banki nie pożyczają pieniędzy pod zastaw dzieł sztuki, bo nie są w stanie zweryfikować aukcyjnych wyników.
Za najdrożej sprzedany obraz świata uznaje się „Graczy w karty” Paula Cezanne’ a. Osiągnął cenę 250 mln dolarów. Dlaczego polska sztuka nie jest w stanie przebić się na światowych aukcjach?
Decyduje o tym siła ekonomiczna narodu, z którego wywodzi się artysta. Robiłem wywiady na ten temat z Romanem Opałką, który przebił się na zachodnich rynkach sztuki.
„Obrazami Liczonymi”.
Najpierw pytałem artystę o ostatni rekord cenowy jego obrazu. Następnie pytałem, ile kosztowałby ten sam obraz, w tym samym czasie i miejscu, gdyby był malarzem rosyjskim? Roman Opałka odpowiadał, że cena, którą osiągnął, byłaby mnożona co najmniej przez pięć. Dlaczego? Rosja ma bogatszych obywateli, którzy są w stanie wiele płacić za rosyjską sztukę, a ponadto jest tam długa tradycja kolekcjonowania. Rosyjski kupiec Paweł Trietiakow założył w 1856 roku słynną w świecie galerię. Podobnie Siergiej Szczukin zapraszał Matisse’a i innych wielkich malarzy francuskich do Petersburga, był ich mecenasem.
Nieliczni Polacy też mają niezłe kolekcje.
W 2010 roku developer Marek Roefler otworzył nawet prywatne muzeum w Konstancinie. Kolekcja Grażyny Kulczyk, wyceniona na 100 mln euro, prezentowana jest teraz w prestiżowej Galerii Fundacji Banku Santander w Madrycie. Jesteśmy jednak narodem na dorobku. Polacy nie mają takich możliwości finansowych, jak miliarderzy z Rosji. Dlatego polska sztuka nie jest w stanie przebić się na świecie. Promocja sztuki wymaga wielkich kapitałów, których u nas nigdy nie było.
W „Rzeczpospolitej” jesteś, jak Souren Melikian w „New York Timesie”. Konsekwentnie opisujesz rynek, zwłaszcza patologie. Niektóre domy aukcyjne uważają cię za wroga nr 1.
Były zamachy na moja rubrykę, bo niektórym antykwariuszom nie podoba się, że często pisuję krytycznie. Regularnie przypominam brak wspomnianego systemu logistyczno-prawnego, który pozwala sprawdzać, która transakcja – i cena – jest prawdziwa. Nie ma skutecznego mechanizmu eliminowania z rynku falsyfikatów.
Już w książce o kolekcji Porczyńskich – wydanej 21 lat temu z dr. Mieczysławem Morką – obnażałeś fałszerstwa dzieł sztuki. Ujawniasz afery związane ze sprzedażą falsyfikatów.
Ale nie dlatego, że się uparłem. Tydzień temu w Muzeum Techniki w Warszawie Anna Suwała, konserwatorka malarstwa, wygłosiła wykład powiązany z pokazem falsyfikatów Mai Berezowskiej. Malarka jest często kupowana w antykwariatach i na jarmarkach perskich. Anna Suwała udowodniła, że oficjalnie sprzedaje się fałszywe obrazy Berezowskiej. Dzieje się tak, choć łatwo jest wykryć fałszerstwo. Wystarczy prosty ogląd tych obrazów. Berezowska doskonale znała anatomię ludzkiego ciała, nie mogła zatem malować z podstawowymi błędami jakie obejrzeliśmy na pracach sprzedanych w antykwariatach. Tak samo masowo fałszuje się obrazy np. Witkacego, Wojciecha i Jerzego Kossaków czy malarzy debiutujących w latach 60 XX w. Oferowane są w oficjalnym handlu w poczuciu bezkarności. Brak publicznej dyskusji na ten temat, nie ma nawet takiego forum. Zalążkiem jest moja rubryka w „Rzeczpospolitej”.
