Pisze Pan na temat mediów, że mamy coraz więcej informacji, ale coraz mniej wiemy. Z czego to wynika?

Przede wszystkim coraz mniej rozumiemy to, co się wokół nas dzieje na poziomie komunikacyjnym. Z tego względu, że informacje są coraz bardziej spłycone, a spłycone są  po to, żebyśmy je coraz szybciej rozumieli i mniej się zastanawiali. A jak jest szybciej, to nie zawsze jest dokładnie.


Czy dotyczy to tylko mediów tabloidalnych czy wszystkich mediów?
Dotyczy to wszystkich mediów. Podaję ostatnio przykład Wenezueli i Ukrainy. Sporo wiemy, przynajmniej nam się tak wydaje, o Ukrainie i o tym, co się tam dzieje, a jak mało o Wenezueli. W polskich mediach było niewiele przekazów o tym kraju, a działy się tam ważne wydarzenia. O ile z pokazywaniem polityki wewnętrznej w Polsce nie jest źle, to sprawy międzynarodowe w polskim dyskursie medialnym są naprawdę słabo eksponowane. Niewiele rozumieliśmy z tego, co się działo w Wenezueli, tak samo jak w Syrii. Brakuje poważnej, merytorycznej analizy spraw międzynarodowych. 


Media nie ułatwiają nam tego zadania?
Nie starają się. Przekaz o tym, co odległe, konstruowany jest przez pryzmat takiego kodu czy takich ram, które zrozumiemy, na przykład przez ramy konfliktu. Łatwo było pokazać Ukrainę przez pryzmat walki politycznej, ale już gorzej przez pryzmat zmian społecznych. Myśmy cały czas mieli taki przekaz: Majdan to Kliczko, ewentualnie ktoś jeszcze, wymieniano trzech polityków, a o tym, kto jest społecznym liderem Majdanu, dowiadywaliśmy się rzadko. Ja porównywałem to z przekazem przyjaciół, którzy byli na Majdanie i są Ukraińcami, i opis tamtych wydarzeń wyglądał trochę inaczej. Oni inaczej je rozumieli niż my.

Wynika z tego, że mamy jakąś „rzeczywistość medialną”, nie znamy „rzeczywistości pozamedialnej”, i w związku z tym, jak mamy dowiedzieć się, jaka jest „rzeczywistość”? Czy coś takiego jak „rzeczywistość poza mediami” w ogóle istnieje?

Jeżeli chodzi o naszą wiedzę o świecie, to głównie czerpiemy ją z mediów i ciężko jest poza ten przekaz medialny gdzieś dojść. Możemy mówić o subiektywnej rzeczywistości, bo gdzieś jesteśmy, czegoś dotykamy, bierzemy udział w jakimś wydarzeniu, ale ona jest tak naprawdę czymś, co się nazywa „współdzieloną rzeczywistością”, czyli taką rzeczywistością komunikacyjną nie tylko moją - bo coś widzę, coś oglądam, do kogoś mówię - ale jeszcze rzeczywistością wszystkich, którzy są w trakcie tego wydarzenia dokoła mnie. Budujemy sobie jakieś wspólne stanowisko i tak jest nam wygodniej. Media tego nigdy w ten sposób nie oddają. Media muszą ten przekaz tak „zramować”, żebyśmy go jak najszybciej zrozumieli. Mogłoby być trochę poważniej, trochę wolniej. Kiedy porównuję nasze narracje medialne z niemieckimi i amerykańskimi, to co by nie mówić o mediach amerykańskich, na które się często psioczy, że są centrum tabloidyzacji, i że ich serwisy są niemerytoryczne, skomercjalizowane, nastawione na sensację,  itd., to przecież są one dużo bardziej merytoryczne niż polskie. Nie mówiąc już o mediach niemieckich, które mają niesamowity poziom pod tym względem.

W Polsce mamy pluralizm medialny. Jeśli Pan mówi o ramach, które narzucają nam odbiór rzeczywistości czy pomagają ją zinterpretować, to czy są one wspólne dla wszystkich mediów, czy różnią się tak, że w każdym medium mamy trochę inny obraz świata?

Ten obraz świata w różnych mediach będzie inny. Ramy przez które media pokazują świat mogą się różnić, byleby dla nas, odbiorców, były łatwe do wychwycenia. Jeśli byliśmy np. wychowywani w nurcie konserwatywnym, bardzo religijnym, bardzo prawicowym, to wiadomo, że ramowanie na poziomie mediów „Nasz Dziennik”, „Gazeta Polska”, „Gazeta Polska Codziennie”, „Radio Maryja” będzie dla nas wygodniejsze, bardziej adekwatne do naszych potrzeb.
 

A w jakich ramach będą np. ułożone informacje w tych mediach?
Wszystko będzie spolaryzowane. Będziemy mówić, kto jest dobry, a kto zły. Podobnie robi „Gazeta Wyborcza”, tylko inni po tamtej stronie są „dobrzy” a inni „źli”. Będziemy pokazywali bieżące wydarzenia, na przykład przez pryzmat Smoleńska.

Jaki to jest pryzmat, jaka rama?  
 

Pryzmat sensacji, rywalizacji, konfliktu, bo takie ramy przyciągają uwagę.
 

 A czy media nas tych ram uczą i uczą, jak je czytać?
Tak, media nas tego uczą. Uczą naszych rodziców, a nasi rodzice uczą nas. Tu nie chodzi tylko o media cyfrowe, ale również o media tradycyjne, narracje w książkach. Od dzieciństwa uczymy się tego, jak zbudowana jest narracja w książkach, jak zbudowany jest trójkąt dramatyczny: że musi być ktoś dobry, ktoś krzywdzony i musi być też jakiś wybawca. Media cały czas posługują się tym schematem, podobnie jak polityka. 

Pisze Pan, że nie ma niezależnych mediów, że media filtrują rzeczywistość. Pisał Pan o korporacjach, reklamie. Jakie są te filtry, przez które media przepuszczają wiadomości?

Faktycznie nie ma niezależnych mediów i nie widzę w tym nic złego. Filtrów zwykle wyróżnia się pięć; pierwszy, to są koncerny medialne - ktoś jest właścicielem danego medium. Dziwne byłoby, gdybyśmy jako dziennikarze, jako pracownicy danego medium podnosili rękę na ten koncern. Drugi to reklamy czy reklamodawcy. I to jest kolejny filtr dla naszych działań, bo nie będziemy przecież atakowali reklamodawcy, który płaci za reklamę w naszym medium. Trzeci, to są aktualne wydarzenia, które się dzieją. Będziemy je rozpatrywali przez jeden główny pryzmat, niech będzie nim Smoleńsk. Możemy też mówić o filtrach związanych z dostępem do źródeł eksperckich. Kiedy mamy np. raport GUS, to wiadomo, że ten raport zostanie pokazany przez wszystkie media w różny sposób, bo tak jest wygodnie. Ostatni filtr to ryzyko pojawienia się negatywnych reakcji, głównie natury prawnej, na materiały medialne.

Ale też będziemy mieli w poszczególnych mediach różnych ekspertów.
Oczywiście. Jeżeli ktoś będzie chciał ekspertyzy, która będziemy pokazywała wolny rynek jako  „dobry”, to pójdzie do Centrum im. Adama Smitha, jeżeli zechce pokazać, że jest „zły”, to pójdzie do przedstawiciela odmiennej opcji, itd. 
Mówi Pan, że nie ma niezależnych mediów. A czy są niezależni dziennikarze?
Trudni na to pytanie odpowiedzieć. Jeżeli założymy, że dziennikarz poszukuje tematu, stara się go przedstawić w jakiś – ciężko mówić, że zobiektywizowany, ale neutralny sposób – to moglibyśmy powiedzieć, że on jest niezależny. Ale ktoś temu dziennikarzowi płaci, a nawet jak mu nie płaci, to ten dziennikarz nabył wcześniej kompetencji społecznych, żeby ten temat w określony sposób rozumieć. Jeżeli dziennikarz pokazuje jedną stronę konfliktu i pisze, że do drugiej nie udało mu się dotrzeć mimo starań, to wówczas pokazuje ten konflikt w jednoznaczny sposób,  mimo że nie napisze ani jednego zdania od siebie. Nie ma czegoś takiego jak niezależność, i nieważne czy chodzi o system medialny, czy każdy inny; jesteśmy uwikłani w sieci społeczne, które są wokół nas, w nich funkcjonujemy, one nas warunkują.

Czy zatem jako odbiorcy mediów mamy szansę na tzw. „obiektywny” ogląd rzeczywistości, czy też należy to wykluczyć jako nieistniejący konstrukt?
Obiektywna rzeczywistość jest nieistniejącym konstruktem. Nie ma jej, nigdy nie istniała i nigdy istnieć nie będzie. 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl