Ile kosztuje kilogram heroiny w Chorogu, drugim mieście Tadżykistanu, tuż przy granicy z Afganistanem?

O matko, teraz nie pamiętam, ale chyba 4 tys. dolarów.

W Moskwie za ten sam kilogram trzeba zapłacić 35 tys. USD. Dwa lata temu w Chorogu odbyła się regularna wojna. Po zabiciu generała KGB wkroczyły oddziały specnazu z Duszanbe. Oficjalnie przeciwko przemytnikom narkotyków - zginęło wtedy ok. 60 osób. Raz do roku wojska rządowe tłumią tamtejszą opozycję. Zarzucają jej ekstremizm religijny. 


Chorog jest odcięty od świata. Można się tam tylko dostać drugą, najwyżej położoną drogą na świecie - „Pamir Highway” – lub samolotem, śmigłowcem. Wtedy na wzgórzach rozlokowali się snajperzy i strzelali do wszystkiego, co się rusza. To był pokaz siły dla mieszkańców Pamiru, wskazanie im, gdzie jest ich miejsce: nie w walce czy poszukiwaniu wolności, ale w domu. Najlepiej, by siedzieli zastraszeni i nie pytali władzy, co robi. 
 

Kto chce się tam - w reżimowym kraju - uczyć dziennikarstwa? Jak Pan im opowiadał o wolności słowa, gdy nie mają wolności obywatelskiej?

Spotykałem się ze studentami dziennikarstwa, niemal wyłącznie dziewczętami, bo ich mężowie, ojcowie i bracia pracują w Moskwie. Codziennie rano z Duszanbe wylatują samoloty wypełnione nimi po brzegi. Są tanią siłą roboczą. Tymczasem kobiety w Chorogu nie mają co robić, ziemi do uprawy praktycznie nie ma, siedzą w studni otoczonej siedmiotysięcznikami, więc się uczą. Panuje tam islam, ale ich imam rezyduje w Szwajcarii i przez fundację pompuje masę pieniędzy m.in. na uniwersytet. Wielu Tadżyków zaczyna mówić po angielsku, zapominając rosyjskiego.

Nie miał Pan poczucia, jakby przybył z innej planety?
 

Oczywiście, tak. Pojechałem tam jednak w ubiegłym roku nie do dziennikarzy reżimowych, z telewizji państwowej, utrzymywanych przez prezydenta. Ich się nie zmieni. Przyznają zresztą uczciwie: „Prezydent nam płaci i robimy, co nam każe”. Prowadzimy z moimi koleżankami i kolegami ze Stowarzyszenia Gazet Lokalnych seminaria ze studentami, którzy patrzą już nieco inaczej na świat, choćby dzięki Internetowi. Mówimy im, jak wyglądają nasze gazety lokalne, które w Polsce całkiem dobrze sobie radzą, a 25 lat temu, przed pierwszymi wolnymi wyborami,  były ulotkami. Eksportujemy nasz sukces. Opowiadam o „Gazecie Powiatowej - Wiadomości Oławskie”, kolorowym tygodniku, który ma 48-56 stron, zatrudnia 20 osób, tworzy środowisko opiniotwórcze w małym mieście. Dzielę się doświadczeniem. Czy zechcą pójść tą drogą, nie wiem, ale dajemy im przykład. Akurat w 2013 roku była kampania prezydencka i z plakatów uśmiechał się wciąż ten sam pan. 

Emomali Rachmon. Prezydent Tadżykistanu od 10 lat.

Tak. Ci studenci dziennikarstwa wiedzą, że przez najbliższe kilka lat nic się u nich nie zmieni. Z rezygnacją machali rękami. Ale mówili też: „Jeśli tylko pojawi się wolność, chcemy wiedzieć, jak zbudować niezależne media. Wam się udało. Być może i my kiedyś pójdziemy waszą drogą”. Przy okazji opowiadamy o innych doświadczeniach. O lustracji, o walce z korupcją. Żeby nowe elity wiedziały, co robić.

Jak reagowały Pana studentki na opowieści o zniesieniu cenzury, reformie samorządowej, wolnych mediach?

Nie mają wolności, ale nie szokowała ich wiedza o tym, jak u nas jest. Szok przeżyli dopiero podczas wizyty w Polsce. Tam bowiem mają utrudniony dostęp do Internetu, niektórzy nigdy w życiu nie trzymali w ręku kamery, ba, nawet aparatu fotograficznego. Uczą się na pamięć formułek, ale nie mają możliwości praktycznego wykorzystania ich w gazecie. Dzięki naszemu programowi mogą odbyć staże w polskich redakcjach.

O co pytają?

O wszystko. Mylą lead z tytułem, śródtytułem. Ściągają zdjęcia z Internetu, nie wiedząc nic o prawach autorskich, o tym, że należy je podpisywać. Nie znają podstawowych rzeczy, chociaż są na trzecim roku.

Oddzielają komentarz od informacji?

Absolutnie nie. To jest wada wszystkich mediów postradzieckich, zwłaszcza w Azji. Tam gazety są nadal na etapie walki o coś i za coś. Nie pytają o opinię drugiej, trzeciej strony. 

Jeżdżąc tam, kruszycie systemy od środka?

To za dużo powiedziane, ale dziennikarze, do których jeździmy, tak robią. Są jednak kraje, w których współpraca z organizacjami pozarządowymi - powiem delikatnie - nie należy do dobrego tonu. Zdarzyło się, że któryś z naszych seminarzystów nieświadomie wrzucił coś do Internetu, a oficer służb specjalnych z jego kraju powiązał to i człowiek miał problemy. Wzywano go, przesłuchiwano, wypytywano: „A kto wam dał pieniądze?”. 

Wyjeżdżał Pan już na Białoruś, Ukrainę, ale najczęściej do azjatyckich krajów postsowieckich: do Kirgizji, Tadżykistanu, Azerbejdżanu. Dlaczego w tych ostatnich nie zakładają gazet internetowych?

Na Ukrainie nie ma z tym problemów. Na Białorusi niemal wszyscy się boją. W Tadżykistanie są elementarne problemy egzystencjalne, na przykład z dostępem do komputera. Ponadto: jak redagować gazetę internetową, skoro w ciągu doby prąd jest przez trzy godziny? 

W Polsce gazety lokalne często mają swoje korzenie w prasie podziemnej, solidarnościowej. W Azji nie ma samizdatów? 
 

Jeśli nawet są, to nie mają większego znaczenia. Tam się nawet w zwykłych rozmowach unika tematów politycznych. 

Pana studentki z Chorogu, jeśli trafią do dziennikarstwa, to wyłącznie do mediów reżimowych. Innych tam nie ma. Jak wykorzystają uzyskaną od Pana wiedzę?

Zapewne będą czekać na moment, kiedy podniosą głowy. Sami zdecydują, kiedy zaryzykować. Na razie staramy się do tych głów coś wtłoczyć. Nam w stanie wojennym także pomagały różne fundacje. Wpuszczały nam w głowy światło. 

Czego ich Pan nauczył?

Pokazałem im lokalną gazetę, która jest blisko ludzi, a nie władzy czy centrum świata, którym dla nich jest Moskwa. Bo gazety, które tam  są, nie zauważają spraw bliskich przeciętnym ludziom. Najczęściej cytują prezydenta i ministrów. Nie piszą, kiedy zbudowana zostanie droga, sklep czy most. A tym żyje polska prasa lokalna.  

 

 

 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl