Czytelnicy olsztyńskiego wydania „Gazety Wyborczej” za najważniejszą osobistość ćwierćwiecza w Olsztynie uznali rektora uniwersytetu, senatora PO Ryszarda Góreckiego. Zasłużył?
Według mnie - nie.
„Gazeta Wyborcza” kiedykolwiek go krytykowała?
Nie przypominam sobie, aby w jakimkolwiek olsztyńskim medium pojawiło się na jego temat cokolwiek krytycznego.
Widzi Pan związek z tym, że redaktor naczelny olsztyńskiego oddziału „GW” – jak Pan twierdzi - kupił działkę budowlaną od uczelni kierowanej przez Ryszarda Góreckiego?
Nie wiem, czy ma to związek. W Olsztynie o prof. Góreckim od lat pisze się albo dobrze, albo wcale. Poprzednie władze uniwersytetu były krytykowane.
Z czego to wynika?
Uniwersytet Warmińsko-Mazurski jest jednym z największych pracodawców w Olsztynie. Daje pracę wielu rodzinom. Niemal każdy jest z tą uczelnią w jakiś sposób powiązany. Obok prezydenta Olsztyna rektor jest najważniejszą postacią w mieście. Jest wszędzie zapraszany, sam zaprasza, przyjeżdżają do niego wysocy rangą prokuratorzy, sędziowie, policjanci. W dobrym tonie jest się z nim pokazywać.
Postać pomnikowa! Dlaczego zdecydował się Pan zburzyć jego wizerunek?
Rzeczywiście jest to postać pomnikowa, ale nie do końca czysta, jakby się wydawało. Pamiętam, pisałem w 2008 roku w „Rzeczpospolitej”, jak Kościół zaangażował się w kampanię Góreckiego do Senatu. Księża agitowali, proboszczowie dostawali informacje, że jest zgoda biskupa na to, aby z ambony popierali otwarcie tę kandydaturę, choć takiej zgody nie było. On jest dobrze poukładany wizerunkowo. Potrafi się świetnie promować. Przedstawia, jako bohatera, zbawcę, cudownego zarządcę. Sukcesy potrafi sobie przypisać, a niepowodzenia zrzuca na innych. Tak było w przypadku raportu NIK, który mówił, że jako rektor zostawił uczelnię zadłużoną. Górecki tymczasem tak ten raport zaprezentował, że po jego odejściu uniwersytet był niby w dobrej kondycji, a zadłużyli go następcy.
Ale jak zyskał przychylność mediów?
Media lokalne można kupić w prosty sposób: dając im pieniądze przez ogłoszenia. Gdyby policzyć, jaki udział w budżetach olsztyńskich mediów mają ogłoszenia Uniwersytetu Warmińsko- Mazurskiego, łatwo wyciągnąć wniosek, że uczelnia w znacznej części je utrzymuje, a co za tym idzie – uzależnia. W 2008 roku następca Góreckiego – Józef Górniewicz – wycofał ogłoszenia. I nagle w mediach zaczęły się pojawiać krytyczne publikacje, że rektor nic nie robi albo źle planuje. W 2012 roku, kiedy Górecki wrócił na stanowisko rektora, na łamy lokalnych mediów znowu pojawiły się opisy rzeczywistości widzianej przez różowe okulary. To są naczynia połączone: są ogłoszenia, są pieniądze, jest szansa na utrzymanie tytułu. Po Olsztynie krąży anegdota. Jeden z redaktorów powiedział do profesora uniwersytetu: „gdyby nie Rysiu Górecki, nas już by nie było”.
Sąd Okręgowy w Olsztynie nakazał Panu usunięcie z bloga skanu z wyrokiem Ryszarda Góreckiego z 1978 roku. Dlaczego Pan się do tego nie zastosował?
Dostosowałem się dokładnie do postanowienia sądu. Zdjąłem ten wyrok z adresu, który sąd wskazał.
Zaraz, zaraz. Na Pana blogu www.mariuszkowalewski.com, ten wyrok w środę jeszcze wisiał.
Niech pan odnowi stronę.
Ok. Teraz rzeczywiście są czerwone paski z napisem „ocenzurowano”, a na tablicy: „Ocenzurowano, wykonując postanowienie SSO Wojciecha Wacława, wydane w celu ochrony interesów senatora PO Ryszarda Góreckiego”. Ale jak doszło do takiego postanowienia?
Pełnomocnikiem rektora jest radca prawny uczelni, były sędzia Jarosław Szczechowicz. Złożył wniosek do wydziału, gdzie pracują jego byli koledzy. Sędzia Wojciech Wacław tak się zapędził, że nakazał mi usunąć nawet dane z życiorysu senatora: gdzie się urodził, jaką skończył uczelnię i gdzie wyjeżdżał za granice w latach 80. Ocenzurował jego życiorys.
Z jakiego powodu? Co wstydliwego jest w miejscu urodzenia czy w ukończonej uczelni?
Myślę, że sędzia nie czytał tego, co cenzurował, co kazał usunąć. Bo rzeczywiście: co wstydliwego jest w tym, że urodził się na wsi, a studiował na Akademii Rolniczo-Technicznej, albo, że wyjeżdżał na stypendia.
O tym jest w Wikipedii.
I na jego oficjalnej stronie internetowej. Ale, co gorsze, sąd nakazał mi też usunąć wypowiedzi sędzi, która wydała wyrok w 1978 roku na Góreckiego.
Skazała wtedy obecnego senatora PO na dwa lata w zawieszeniu za … przemilczmy za co, bo prokuratura bada wiarygodność tego dokumentu. Dlaczego zdecydował się Pan wyciągnąć na światło dzienne stary wyrok? Kara uległa zatarciu.
Nie chodzi o ten dokument, ale o to, co się rozgrywało w tle, wokół tej sprawy. Górecki twierdzi, że dokument jest fałszywy, prokuratura prowadzi śledztwo. W każdym razie dotarłem do sędziny, której podpis jest na wyroku. Sprawy nie pamięta, bo została rozpoznana i osądzona tego samego dnia, ale nie ma wątpliwości, że wydała ten wyrok. Jako jedyna sędzia w Sądzie Rejonowym w Gdańsku w tamtym czasie pisała na maszynie. Jej stara maszyna miała charakterystyczne przebicia liter, które są widoczne. Rozpoznała też swój styl. Kiedy po raz pierwszy zająłem się tą sprawą, do redakcji „Wprost”, w której wtedy pracowałem, zaczął wydzwaniać rzecznik Komendy Głównej Policji i nalegać na spotkanie z Ryszardem Góreckim. Po moim osiedlu zaczęli się kręcić policjanci i wypytywać: gdzie mieszkam, czym jeżdżę, kto do mnie przychodzi.
W jakim celu zbierano te informacje?
Dobre pytanie, ale nie znam na nie odpowiedzi.
Stworzył Pan w maju blog śledczy, by walczyć z nieprawością? Dla zysku, sławy czy z pasji?
Wielokrotnie w różnych redakcjach na moje propozycje tematyczne mówiono, że są lokalne albo mało wartościowe albo jest jakiś układ. Nie chcieli mi tego publikować. Postanowiłem sam zostać sterem, żeglarzem, okrętem. Nikt nie zabroni mi ujawniać informacji, które zebrałem. Zacząłem od tematów o Ryszardzie Góreckim, ale będzie wiele innych publikacji. Wkrótce o tym, jak policja fałszuje wyniki badań na narkotestach. Na odczycie herbaty potrafi pokazać, że to jest marihuana.
