Czego nauczył się Pan 40 lat temu w Szkole Dziennikarskiej w Mediolanie, a wykorzystuje do dziś?

Obiektywizmu. Coraz rzadziej widzi się go wśród piszących, a mnie pozostał do dziś. Nauczono mnie wtedy, że nie można angażować się po żadnej ze stron. I tego, co zarzucano Ryszardowi Kapuścińskiemu, że zbierał rozmaite scenki i łączył je w jeden materiał. To dobrze było widziane w Mediolanie i nadal to wykorzystuję. Kompiluję wątki z różnych wypraw, jeśli pasują do tematu i środowiska. Stale rosną wymagania odbiorców, widzów i czytelników. Zdjęcia muszą być wypieszczone, ładne, interesujące. To samo jest z informacjami. Powiązanie najbardziej atrakcyjnych elementów podnosi zainteresowanie. Nie widzę w tym nic szkodliwego, bo nie wymyśliłem tych historii. One się wydarzyły. Są prawdziwe.

Synteza, o której Pan mówi, jest bardziej przynależna literaturze, aniżeli dziennikarstwu.

Oczywiście w reportażu z konkretnej eksploracji czy podróży tego nie robię. Tylko przy ogólnych rozważaniach.

Ale dlaczego nie? To jest zabieg literacki. Czuje się Pan bardziej dziennikarzem czy pisarzem?

Nie, nie, pisarzem się nie czuję. Zazdroszczę pisarzom, że mają taki talent, że z niczego, z wyobraźni, potrafią czerpać i pisać. Ja muszę twardo stać na ziemi, dotykać rzeczywistości, z mojej fantazji nic nie stworzę. Pisanie w ogóle ciężko mi idzie. Męczę się. Po kilka razy poprawiam.

Przez lata publikował Pan reportaże w „Sette”, ilustrowanym dodatku „Corriere della Sera”, największej włoskiej gazecie. Jakie tam stawia się wymogi warsztatowe? Liczy się bardziej własny punkt widzenia? Osobiste przeżycia i emocje?

Ledwie zacząłem z nimi współpracować, a tak się rozkręciłem, że ciągle pisałem w pierwszej osobie liczby pojedynczej. O tym, jak się pocę, jak to widzę, czuję, jak mi smakuje. Dominowało „ja”, „ja”, „ja”. Od razu zwrócili mi uwagę: nie jesteś laureatem Nobla, autorytetem, nie masz znanego nazwiska, aby sobie pozwolić na osobistą narrację. Ale podróżowałem poza szlakami utartymi, przywoziłem unikatowe, ciekawe materiały, więc szybko dostałem zielone światło na używanie „ja”. Jak zacząłem publikować w Polsce, także wielu kłuło to w oczy.

Ingerowali w teksty?

Ostatnio miałem zgrzyt z dużym tytułem. Zobaczyłem w druku, jak wielu dokonali skrótów. Op… iłem ich. Obrazili się. Potem napisali, że dokonują poprawek takich, jak chcą, w swoim interesie, aby teksty były ciekawe. Mieli pretensje, że nie pozwalam na korekty, zmiany. Odparłem, że mogą zmieniać, że przeciwko temu nie protestuję, ale wymagam, aby uzgadniali ze mną skróty, poprawki, zmiany, bo to ja się podpisuję pod tekstem. Redakcyjnych fantazji nie zamierzam firmować. Przez miesiąc się nie odzywali.

W zachodnich magazynach bardziej szanują autorów?

W „Corriere della Sera” redaktor przed skierowaniem tekstu do druku uzgadniał ze mną nawet przecinek. W Polsce redaktorzy uważają się czasem za orłów, mistrzów. Wydaje im się, że mogą dokonywać zmian, na jakie tylko mają ochotę.

W „Newsweek Polska”, „Uważam Rze” czy w „Rzeczpospolitej”?

Nie powiem, bo nie chcę ochładzać relacji.

Przywiązuje się Pan nawet do przecinków?

Nie, nie. Zwykle po redakcji rezultat jest lepszy, ale przed publikacją muszę to widzieć. Nie wiem, czy to jest polska maniera: robimy z materiałem, co chcemy, a jeśli ci to nie odpowiada – spadaj.

Jaki jest Pana warsztat: notuje Pan, fotografuje, nagrywa czy zapamiętuje?

Nie rejestruję na taśmie, a to, czego się nie zapisze, bardzo szybko ulatuje z pamięci. Na wyprawie, kiedy ludzie odpoczywają, idą spać, z latarką na głowie notuję, co ciekawego przeżyłem w ciągu dnia. Opisuję uczucia, smaki, kolory, dźwięki. Jeśli tego nie zrobię, ponoszę spore straty.

Notował Pan nawet podczas samotnego rejsu w szalupie ratunkowej po Atlantyku?

Już w pierwszym dniu przyjąłem zasadę, aby pisać każdego dnia, nawet jeśli nic ciekawego się nie wydarzyło, żeby nie stracić rytmu upływającego czasu. Zdarzało się w historii, że samotni żeglarze tracili kontrolę nad kalendarzem. Przypływali kilka dni później. Rozmijali się z czasem.

Pisze Pan dziennik?

Nie nazwałbym tego dziennikiem. Zapisuję w legendarnym notatniku z gumką. Nazywa się Moleskine. Używali go m.in. Jean Paul Sartre, Ernest Hemingway czy Vincent van Gogh. Także Kapuściński.

Na Atlantyku chronił Pan ten notes w folii?

Na oceanie wilgoć jest wszędzie. Zabezpieczałem więc notatki w folii i w hermetycznym zbiorniku.

A w reniferowym zaprzęgu do Ojmiakonu, światowego bieguna zimna?

Na zewnątrz temperatury sięgały minus 30-50. W nocy rozbijaliśmy namioty. Po rozgrzaniu się piecyka było „gorąco”, około zera stopni. Mogłem pisać.

Po powrocie z wyprawy weryfikuje Pan zebrany materiał? Wertuje książki, sprawdza w Internecie?

Nie nazwałbym tego weryfikacją, tylko uzupełnieniem. Czasami notuję hasło, jedno słowo, potem rozwijam. Wyszukuję w Internecie, wzbogacam.

Przegląda Pan zdjęcia, przypomina sobie emocje?

Oglądając zdjęcia przeżywam nową podróż. Dokonuję trudnej selekcji z 3-4 tysięcy fotografii. Głowa boli, bo żal z nich rezygnować. A dla redakcji trzeba wybrać pięćdziesiąt. Grafik wytypuje 5-10. Dzisiaj już ręce opadają, bo redakcje wolą kupić zdjęcia z agencji, gdzie są miliony fotografii. Płacą jednego dolara, autorowi musieliby zapłacić 100 zł. Wielu moich przyjaciół, znajomych fotografów, ma nóż na gardle.

Dziennikarstwo podróżnicze jeszcze się opłaca? Wyprawy są kosztowne, redakcje za materiały płacą grosze.

Rzeczywiście honoraria nie zachowują żadnej przyzwoitej proporcji w stosunku do kosztów wyjazdów. Jestem w komfortowej sytuacji o tyle, że jadę na wyprawę, a materiały dziennikarskie realizuję przy okazji. Jak „Corriere della Sera” wysyłało mnie w najdalsze zakątki świata podróżowałem komfortowo. Nie było pojęcia diety, po prostu rozliczano mi rachunki. Na zasadzie pełnego zaufania. Nawet z kolacji zaproszonych osób, które pomagały mi w realizacji reportażu. W gazetach zachodnich nadal tak jest. W Polsce – nie do pomyślenia.

Wojciech Jagielski chciał przed laty rozliczyć się w „Gazecie Wyborczej” z wielbłąda. Nie mógł się inaczej wydostać z Afganistanu. Księgowa nie wiedziała, jak to zaklasyfikować.

W Polsce nie ma zaufania. W Europie zachodniej jest tak, że jak nie mam rachunku za wielbłąda – a przecież nikt mi takiego nie wystawi – to piszę oświadczenie, ile i za co wydałem. W redakcjach europejskich jest to normalne.

Jakie cechy powinien mieć dziennikarz globtroter oprócz pasji, odporności fizycznej i dobrego zdrowia?

Pasja i ciekawość świata są najważniejsze. Bez nich nie ma co wyruszać w drogę, bo można w połowie zawrócić. To jest ciężki chleb, trudne chwile. Chłód, głód i napięcia. Pot, strach i stres. Wszystko wygląda ładnie tylko na zdjęciach.

Pana świat podróży już odszedł do historii.

Miałem przyjemność załapać się w ostatniej chwili na miejsca i spotkania z ludźmi, których już nie ma. Poznałem smak epoki wiktoriańskiej. Podróżowałem na wielbłądach, w indiańskim czółnie w Amazonii albo w Bhutanie na jakach. Po wietnamskiej zatoce Ha Long pływałem tradycyjną dżonką, drewnianym stateczkiem. Dzisiaj tych obrazów już nie ma. Na pustynię ludzie jeżdżą jeepami, po wodach pływają motorowymi kutrami. To wielka różnica. 

Udostępnij
Komentarze
Disqus

Jest to archiwalna wersja portalu. Nowa wersja portalu SDP.pl, dostępna pod adresem: https://sdp.pl